Wiejskie Festyny Bez Duszy i Dumy

 



 

    Stałem niedawno na festynie wiejskim i poczułem zgorzknienie.
Zamiast tradycyjnego świętowania, wokół mnie roiło się od tandetnych atrakcji, które nie miały nic wspólnego z naszą historią i kulturą. Spodziewałem się zapachu świeżo pieczonego chleba, dźwięku akordeonu i szczerych uśmiechów mieszkańców dumnych ze swojego dziedzictwa. Znalazłem natomiast dmuchane zjeżdżalnie, kolorowe proszki (do obsypywania przez dzieci) i nadętych polityków pozujących do zdjęć.

    Zastanowiłem się wtedy: czy naprawdę wstydzimy się swojego pochodzenia?
Wszak 90% społeczeństwa polskiego ma korzenie wiejskie, sięgające chłopa pańszczyźnianego mieszkającego w kurnej chacie. My, obywatele Polski, nie jesteśmy z urodzenia szlachtą.

    Zauważyłem, że na takich festynach coraz rzadziej promuje się lokalną twórczość. Na scenie nie usłyszę już starodawnych pieśni, a żaden regionalny zespół nie zostaje zaproszony. Nie zobaczę wystawy malarstwa ani stoiska z lokalną literaturą – zamiast tego płynie muzyka pop i disco polo, a nad wszystkim unosi się sztuczny blask „gwiazd” estrady. Brakuje opowieści o naszej okolicy, a wszystkie atrakcje są tak zunifikowane, że równie dobrze mogłyby się odbywać w każdym innym miasteczku.

    Ze smutkiem patrzę na stragany Kół Gospodyń Wiejskich. Panie występują w strojach ludowych, co sugeruje autentyczność, ale zawartość ich koszy często bywa powierzchowna. Zamiast tradycyjnych potraw – pierogów, ciast drożdżowych, żuru czy słodkich placków z przepisów przekazywanych z pokolenia na pokolenie – dostaję drożdżówkę z marketu i nijaką kiełbasę. Oczywiście jest smalec i chleb z pobliskiej piekarni, ale to wszystko. Przykro pomyśleć, że nasi przodkowie walczyli o przetrwanie, a my dziś zakładamy ludowe stroje, oferując produkty, które każdy może kupić w supermarkecie.

    Oburza mnie też rola lokalnych władz i instytucji kultury. Dla nich festyn to przede wszystkim okazja do autopromocji – radni ustawiają się do zdjęć, a dyrektorzy domów kultury dbają bardziej o reklamę niż o pielęgnowanie tradycji. Na scenie dominują artystyczne przeróbki z dużych miast, a opowieści o lokalnej historii znikają gdzieś w kącie. Zamiast budować tożsamość regionu, festyn zmienia się w jarmark rozrywki, który tylko udaje święto kultury ludowej.

    Szczególny żal budzi we mnie widok stoiska z alkoholem. Już od południa czuć zapach taniego piwa i domowego bimbru, a wieczór nierzadko kończy się pijackim spektaklem. Zamiast dobrej zabawy zostaje kac i rozczarowanie. Naprawdę nie rozumiem, dlaczego tyle wiejskich imprez musi ostatecznie przeradzać się w noc niepohamowanego pijaństwa – przecież nic dobrego z tego nie wynika.

    Nie brakuje też tzw. atrakcji, które – moim zdaniem – nie mają nic wspólnego z kulturą. Dzieci skaczą na dmuchanych zamkach i obrzucają się kolorowym proszkiem, jak na festiwalu Holi, ale niczego wartościowego z tego nie wyniosą. Gdzie są warsztaty garncarstwa, stoiska z rzeźbami czy malowidłami inspirowanymi naszym regionem? Obawiam się, że tania zabawa zastępuje wartościowe doświadczenia, a zamiast lekcji tradycji zostaje tylko plastik i wielobarwna papka na ubraniach. Stragany oferują plastikowe zabawki sprowadzane z Chin – bezmyślna tandeta w miejsce rękodzieła.

    Pisząc te słowa, odczuwam mieszankę żalu i nadziei. Warto pielęgnować przeszłość tej ziemi, nie wstydzić się jej. Czy naprawdę mamy wstydzić się korzeni, z których wyrośliśmy? Może właśnie nadszedł czas, by spojrzeć w oczy naszym tradycjom i odzyskać ich prawdziwy smak. Wolałbym, by zapamiętano mnie jako tego, który krzyczał, że w byciu sobą i w dumie z pochodzenia nie ma nic wstydliwego – niż jako tego, który milczał, gdy piękne dziedzictwo sprzedawano dla chwilowej rozrywki.

    Na koniec odniosę się do Starachowic – mojego rodzinnego miasta.
    Animatorzy kultury w Starachowicach znakomicie wywiązują się ze swoich zadań. Nie idą na łatwiznę – wydarzenia kulturalne, które odbywają się latem, mają swój klimat i sens. Możemy oglądać twórców miejskich – od dzieci po seniorów. Zapraszani goście prezentują twórczość, która nie jest banalna ani przewidywalna.

    Perłami w koronie lokalnych wydarzeń są Blues pod Piecem, Noce Teatralne i Dni Starachowic – imprezy, które przy większej promocji mogłyby zyskać rozgłos nawet w skali ogólnopolskiej.

    Mam tylko jeden zgrzyt – podczas koncertów, zarówno w muzeum, jak i pod sceną podczas Dni Starachowic, można kupić alkohol. Wiem, że to się nie zmieni… ale swoje zdanie i tak napiszę.

Nowe miliony dla Starachowic – wielka szansa czy kolejne rozczarowanie?

 



Kilka dni temu prezydent Marek Materek ogłosił wielki sukces starachowickiego magistratu – Starachowice pozyskały (choć jeszcze nie otrzymały) aż 75 milionów złotych z Polsko-Szwajcarskiego Programu Rozwoju Miast. To ogromne wsparcie finansowe, które – odpowiednio wykorzystane – może realnie zmienić oblicze naszego miasta.

Jednak sukces mierzy się nie tylko kwotą dotacji, ale przede wszystkim mądrością w jej wydatkowaniu. A z tym, jak wiemy z przeszłości, bywało różnie...

 

Chybione inwestycje? Miejmy się na baczności.

Wystarczy przypomnieć przykład piętrowego parkingu w Starachowicach Dolnych – obiektu, który miał rozwiązać problem parkowania, a dziś... potrzebuje kolejnych nakładów, by zacząć w ogóle funkcjonować. Dlatego właśnie musimy bacznie przyglądać się każdej złotówce z nowych funduszy.

Szczęśliwie – wśród ogłoszonych projektów znajdują się naprawdę ciekawe i obiecujące pomysły.

 

Szkolnictwo zawodowe – inwestycja w przyszłość

Jednym z najważniejszych filarów planowanych działań jest program „Starachowicki Uczeń Zawodowiec”. To kompleksowe wsparcie dla uczniów, które ma pomóc im lepiej planować ścieżki kariery i poprawić jakość kształcenia zawodowego – szczególnie w zawodach deficytowych.

Dlaczego to ważne?

Bo mocne szkolnictwo średnie i zawodowe może przyciągnąć młodych ludzi do Starachowic. W czasach robotyzacji i AI, które zastępują wiele zawodów, ale nie  fachowców – mechanicy, budowlańcy, operatorzy maszyn – są na wagę złota. Sztuczna inteligencja prędzej zastąpi artystę, lekarza, prawnika, dziennikarza niż dobrego ślusarza.

Mam nadzieję, że środki nie pójdą wyłącznie na remonty czy nowy trawnik przed szkołą, lecz realnie zasilą edukację – tak, by starachowickie technika i szkoły zawodowe tworzyły nowoczesną kadrę: ludzi, którzy potrafią nie tylko pracować fizycznie, ale też współpracować z technologią.

 

Edukacja międzykulturowa i wsparcie wykluczonych

„Utworzenie i prowadzenie Centrum Edukacji Międzykulturowej i Wsparcia wraz z ekoogrodem Zielony Dialog oraz podjęcie zintegrowanych działań skierowanych do grup zagrożonych wykluczeniem społecznym na bazie Szkoły Podstawowej nr 9”.

To mądra decyzja – zarówno pod kątem integracji społecznej, jak i budowania lokalnej wspólnoty, która nie zostawia nikogo na marginesie. Teraz czekamy na szczegóły – bo jak wiadomo, na papierze wszystko wygląda dobrze, ale życie szybko weryfikuje intencje. Starachowickie firmy potrzebują pracowników. Pozyskanie ich w mieście i okolicy stanowi ogramy problem. Od jakiegoś czasu posiłkują się pracownikami z zagranicy, wielu z nich dzięki możliwości poznawania naszego kraju, kultury, zwyczajów, historii może zapragnąć i pozostać w naszym powiatowym mieście. Kolejnym członem programu jest zadbanie o ludzi, wykluczonych społecznie.  W mieście sporo osób jest wykluczanych społecznie z powodu choroby, niepełnosprawności, opieki nad bliskimi całodobowo, wykluczeni z powodu choroby uzależnienia. Można tak mnożyć. Wybór szkoły dziewiątki jest znakomitym posunięci.

 

 

Zieleń, woda i monitoring – trzy fundamenty miasta przyszłości.

 

„Nowoczesny Monitoring dla bezpiecznych Starachowic.

Adaptacja infrastruktury miejskiej do zmian klimatu: przebudowa kanalizacji deszczowej i efektywne zarządzanie wodą.

Rewitalizacja przestrzeni zielonych na terenie Starachowic

Zagospodarowanie przestrzeni terenów zielonych przy Ekoszkole Etap II”

To bardzo potrzebne inicjatywy. Musimy odejść od betonowania przestrzeni miejskich, czego negatywnym przykładem jest zabetonowany plac Wierzbnik. Zielone przestrzenie i małe zbiorniki wodne to nie fanaberia, ale konieczność w czasach zmian klimatycznych. Gromadzenie deszczówki, małe oczka wodne w osiedlach – to może naprawdę chronić przed suszą i podtopieniami.

Monitoring? Choć Starachowice mają niską przestępczość, to z problemem wandalizmu i śmiecenia wciąż sobie nie radzimy. Dobrze zaplanowany system kamer może pomóc.

 

Pałacyk – czas na wielki festiwal?

 

„Utworzenie i prowadzenie »Przestrzeni Możliwości« w Centrum Kreatywności Pałacyk – multi modalnego miejsca dla mieszkańców, organizacji pozarządowych i wolontariatu oraz młodzieży ze Starachowic”.

Kolejnym projektem jest wsparcie Centrum Kreatywności Pałacyk. Ta instytucja już dziś odgrywa ważną rolę w życiu kulturalnym miasta. Dodatkowe środki mogą pozwolić na rozwinięcie skrzydeł. Może warto pomyśleć o festiwalu literackim, np. reportażu? Taka impreza mogłaby nadać Starachowicom nowy wymiar – i medialny, i artystyczny. Skąd na to środki? Zamiast finansować kopanie piłki przez dorosłych mężczyzn, którzy za to zarabiają pieniądze, może przeznaczyć je na zorganizowaniu festiwalu, który zaznaczyłby się na mapie  kulturalnej polski. 

 

Wsparcie dla przedsiębiorców – lokalni bohaterowie gospodarki

Wsparcie sektora MŚP i modernizacja Centrum Przedsiębiorczości w Starachowicach”

Program zakłada także modernizację Centrum Przedsiębiorczości oraz wsparcie dla sektora MŚP. To ważne, bo Starachowicka Specjalna Strefa Ekonomiczna w naszej lokalizacji od lat nie przyciąga dużych inwestorów. Skoro nie możemy konkurować z innymi o „wielkiego gracza” – skupmy się na lokalnych firmach.

Nie przeszkadzajmy im, tylko pomagajmy – w innowacjach, w zdobywaniu nowych rynków, w rozwoju.

 

Nie zapominajmy o zdrowiu.

Na koniec – refleksja. Możemy inwestować, rozwijać, modernizować… ale jeśli nie zadbamy o zdrowie społeczeństwa, to kto skorzysta z tych wszystkich udogodnień?

Spożycie alkoholu w Starachowicach rośnie w zastraszającym tempie. Potrzebujemy długoterminowego planu trzeźwościowego. To trudny, niewygodny temat. Czy znajdzie się polityk, który odważy się go podjąć? Potrzebujemy polityka, który nie jest zamknięty w ramach czasowych od wyborów do wyborów.

Ja – póki co – takiej osoby na horyzoncie nie widzę.

 

Podsumowanie

Nowe fundusze to wielka szansa dla miasta. Mądrze wykorzystane mogą poprawić edukację, wzmocnić lokalną gospodarkę, zadbać o środowisko i zintegrować społeczność. Marnotrawione – przepadną bez śladu, jak niejeden projekt z przeszłości.

Trzymam kciuki za rozsądek decydentów. Bo koło fortuny się kręci – i oby tym razem w dobrym kierunku.

 

Masz przemyślenia na temat inwestycji w Starachowicach? Zostaw komentarz!
A jeśli chcesz więcej takich analiz – obserwuj bloga.

"Minghun" – opowieść o żałobie, duchowości i pożegnaniu

 



Film Jana P. Matuszyńskiego porusza temat śmierci, który dotyka każdego z nas – wcześniej czy później. Reżyser wykorzystuje mało znaną w Europie chińską tradycję minghun, czyli zaślubin pośmiertnych, by opowiedzieć poruszającą historię o nagłej stracie, przeżywaniu żałoby i próbie pogodzenia się z nieuniknionym.

Minghun – zaślubiny z zaświatów

Chińska tradycja minghun sięga czasów starożytnych. To rytuał zaślubin dwojga zmarłych, czasem także osoby zmarłej i żyjącej, mający na celu zapewnienie równowagi duchowej i spełnienia społecznych powinności również po śmierci. Zdarza się, że rodzina organizuje takie zaślubiny, by zmarły nie pozostał samotny w zaświatach. W niektórych regionach Chin wierzy się, że duchy zmarłych, którzy nie zawarli małżeństwa, mogą błąkać się niespokojne, a ich obecność może zakłócać spokój żyjących. Ceremonia ma zatem nie tylko symboliczne znaczenie, ale także funkcję rytualnego zamknięcia i ulżenia zarówno zmarłemu, jak i jego rodzinie.

Śmierć – zawsze nie w porę

Matuszyński pokazuje, że śmierć nigdy nie wybiera dogodnego momentu. Pojawia się nagle – bez względu na nierozwiązane sprawy rodzinne, zawodowe czy emocjonalne. Zabiera zarówno wierzących, jak i sceptyków; samotnych i tych, którzy są w relacjach – szczęśliwych lub nie.
W centrum tej opowieści jest Jerzy (Marcin Dobrociński) – ojciec młodej dziewczyny, Li (Natalia Bui), która niespodziewanie umiera. On – racjonalny, niewierzący – staje wobec duchowego doświadczenia, które zmusza go do podjęcia decyzji o symbolicznym ślubie córki po śmierci. Czy to zabobon? A może forma przepracowania żalu i pogodzenia się z losem?

Aktorstwo i emocje

Marcin Dobrociński gra subtelnie, ale z ogromną siłą emocjonalną. Jego postać jest rozdarta między racjonalnością a potrzebą duchowego ukojenia. Widać w nim rozpacz, niedowierzanie, ale także miłość ojcowską, która przekracza granice śmierci.
Natalia Bui w roli Li ukazuje młodość, energię, plany, które zostają brutalnie przerwane. Jej obecność – także po śmierci – ma w sobie coś eterycznego i wzruszającego.

Muzyka – cisza i dźwięk jako narracja

Ścieżka dźwiękowa do filmu jest minimalistyczna, ale bardzo znacząca. Dźwięki pojawiają się oszczędnie, podkreślając emocje bohaterów i napięcie sytuacji. Cisza staje się tu pełnoprawnym narzędziem narracyjnym – oddaje pustkę, z którą mierzy się Jerzy, i przestrzeń duchową, która wypełnia się rytuałem minghun.

Refleksja

"Minghun" to film głęboko humanistyczny, poruszający temat uniwersalny – straty i żałoby. Choć zakorzeniony w egzotycznej tradycji, mówi o doświadczeniach bliskich każdemu z nas. To opowieść o miłości, która nie kończy się wraz ze śmiercią, oraz o potrzebie rytuału, który pomaga pogodzić się z odejściem i zamknąć niedokończone sprawy.
Film stawia ważne pytania: czy duchowość jest zależna od religii? A może jest częścią naszej natury – potrzebą odnalezienia sensu tam, gdzie pozornie go nie ma?

Polecane

W poszukiwaniu Mistrza – od „Wszystko na sprzedaż” do współczesnej sceny

       Film „Wszystko na sprzedaż” z 1968 roku w reżyserii Andrzeja Wajdy stał się bezpośrednią inspiracją dla sztuki teatralnej stworzo...