Usiądźmy na kawałku zielonej trawy

 



Człowiek zaczął filozofować chyba wtedy, kiedy po raz pierwszy zadał sobie pytanie: dlaczego?

Nie wiemy, kiedy dokładnie to się wydarzyło. Nie znamy imienia pierwszego filozofa. Być może nigdy go nie poznamy. Wyobrażam sobie jednak człowieka sprzed tysięcy lat, który pewnego wieczoru usiadł przy ognisku, spojrzał w niebo i zamiast tylko bać się grzmotu czy podziwiać światło księżyca, zaczął się zastanawiać, czym właściwie jest to wszystko, co go otacza.

Dlaczego słońce wschodzi?

Dokąd znika nocą?

Skąd przyszliśmy?

Co dzieje się po śmierci?

Dlaczego rodzimy się, żyjemy i umieramy?

Może właśnie wtedy narodziła się filozofia.

A może jeszcze wcześniej – w chwili, kiedy człowiek przestał tylko reagować na świat, a zaczął próbować go zrozumieć.


Czasami myślę, że najlepszym miejscem do filozofowania nie jest biblioteka ani uniwersytecka aula.

Jest nim droga.

Droga, która prowadzi gdzieś, ale jednocześnie pozwala przez jakiś czas nie wiedzieć, dokąd dokładnie zmierzamy.

Najlepiej przekonałem się o tym w Bieszczadach.

To góry, które kocham. Nie tylko za połoniny, widoki i przestrzeń. Kocham je za coś, czego trudno dokładnie nazwać. Za możliwość odejścia od codzienności. Za ciszę. Za to, że człowiek idzie przed siebie i ma czas, żeby poukładać własne myśli.

W Bieszczadach zapadały niektóre z najważniejszych decyzji w moim życiu.

Moje decyzje.

Nie podjęte przy biurku, nie w pośpiechu, nie podczas kolejnej rozmowy, w której ktoś mówił mi, co powinienem zrobić.

Podejmowałem je, idąc.

Krok za krokiem.


Jest coś niezwykłego w chodzeniu.

Najpierw człowiek myśli o tym, że boli go noga, że podejście jest strome, że trzeba jeszcze dojść do przełęczy.

Potem zaczyna słyszeć własny oddech.

Później rytm kroków.

A jeszcze później własne myśli.

I nagle okazuje się, że droga, którą pokonujemy w przestrzeni, jest jednocześnie drogą, którą pokonujemy w sobie.

Idziemy pod górę i rozmawiamy sami ze sobą.

Wracamy w dół i czasami wracamy już trochę inni.

Może dlatego przemieszczanie się jest jednym z najstarszych sposobów filozofowania.

Człowiek od zawsze był w drodze.

Wędrował za zwierzyną, szukał wody, nowych terenów, bezpieczeństwa. Przemieszczał się, ponieważ musiał.

Ale być może przy okazji nauczył się czegoś jeszcze.

Że podczas drogi można myśleć.


Pamiętam swoje bieszczadzkie wędrówki.

Idąc połoninami, patrzyłem na przestrzeń przede mną i cieszyłem się z rzeczy, która dla kogoś z boku mogła wydawać się zupełnie zwyczajna.

Nie piję.

Była w tym ogromna radość.

Szedłem przed siebie i wiedziałem, że jestem właśnie tutaj. Przytomny. Świadomy. Obecny.

Góry niczego ode mnie nie chciały.

Nie pytały, co zrobiłem wczoraj.

Nie interesowało ich, ile razy upadłem.

Nie oceniały mnie.

Po prostu były.

A ja szedłem.

I może właśnie wtedy pojąłem, że człowiek czasami potrzebuje nie kolejnej odpowiedzi, lecz drogi, na której może sam sobie zadawać pytania.


Kiedy idę, świat zaczyna wyglądać inaczej.

Domy zostają za plecami.

Drogi zostają za plecami.

Ludzie zostają za plecami.

Zostają drzewa, kamienie, wiatr i własne myśli.

Nie trzeba niczego udowadniać.

Nie trzeba być mądrzejszym od innych.

Nie trzeba mieć racji.

Można po prostu iść.

A przecież właśnie wtedy rodzą się czasami najważniejsze pytania.

Czy jestem tam, gdzie chciałem być?

Czy żyję swoim życiem?

Co jest dla mnie naprawdę ważne?

Czy potrafię być sam ze sobą?

Czy potrafię zrozumieć drugiego człowieka?

I jeszcze jedno pytanie, chyba najtrudniejsze:

Czy mam odwagę coś zmienić?


Filozofowanie nie musi oznaczać czytania Platona, Arystotelesa czy Kanta.

Nie trzeba znać greckich słów ani historii wszystkich filozoficznych szkół.

Czasami filozofowanie zaczyna się bardzo zwyczajnie.

Od samotnego spaceru.

Od siedzenia na górskim szczycie.

Od patrzenia na morze.

Od leśnej ścieżki.

Od podróży pociągiem, podczas której patrzymy przez okno i pozwalamy myślom płynąć własnym rytmem.

Od drogi.

Bo droga zabiera nas z jednego miejsca do drugiego, ale po drodze może zabrać nas również od jednego sposobu myślenia do innego.


Dzisiaj mamy narzędzia, o których człowiek sprzed tysięcy lat nie mógł nawet marzyć.

Mamy Internet. Komputery. Telefony. Sztuczną inteligencję. Maszyny, które potrafią liczyć szybciej niż my i przetwarzać ogromne ilości informacji.

Rozwiązujemy problemy, które jeszcze niedawno wydawały się niemożliwe.

Ale żadne urządzenie nie odpowie za nas na najważniejsze pytania.

Może podsunąć informację.

Może coś obliczyć.

Może coś wyjaśnić.

Ale myślenia, samostanowienia, świadomości i odpowiedzialności za własne decyzje nic nie zastąpi.

Decyzja nadal należy do człowieka.

Tak samo jak pytanie, co zrobić z własnym życiem.


Bo żeby zrozumieć świat, trzeba najpierw spróbować zrozumieć siebie.

A żeby zrozumieć siebie, warto czasami spróbować zrozumieć drugiego człowieka.

To wcale nie jest łatwe.

Każdy z nas patrzy na świat z własnego miejsca. Ma własne doświadczenia, lęki, radości, porażki i nadzieje.

Czasami jesteśmy przekonani, że wiemy, dlaczego ktoś zachował się w określony sposób.

Ale czy naprawdę wiemy?

Może zanim ocenimy drugiego człowieka, warto zadać sobie pytanie:

Co musiałbym przeżyć, żeby zobaczyć świat jego oczami?

To też jest filozofia.


Człowiek od tysięcy lat próbuje odpowiedzieć na te same pytania.

Zmieniają się narzędzia, miasta, granice państw, ustroje, technologie i sposoby komunikowania się.

Zmienia się świat.

Ale człowiek nadal patrzy w niebo i pyta.

Nadal boi się śmierci.

Nadal szuka miłości.

Nadal chce być szczęśliwy.

Nadal próbuje zrozumieć drugiego człowieka.

I nadal nie wie wszystkiego.

Może właśnie dlatego filozofia nigdy się nie skończy.

Bo dopóki człowiek będzie potrafił powiedzieć „nie wiem”, dopóty będzie zadawał pytania.


A ja chyba najbardziej lubię filozofować w drodze.

Nie wtedy, kiedy siedzę przy stole i postanawiam, że będę filozofował.

Tylko wtedy, kiedy idę.

Kiedy mijam kolejne drzewa.

Kiedy droga zakręca.

Kiedy wychodzę ponad las.

Kiedy pojawia się widok.

Kiedy zatrzymuję się na chwilę, żeby złapać oddech.

Wtedy czasami przychodzi myśl, której wcześniej nie było.

Może dlatego warto czasami ruszyć się z miejsca.

Zmiana miejsca daje inną perspektywę.

A inna perspektywa pozwala zobaczyć rzeczy, których wcześniej nie dostrzegaliśmy.


Więc może nie potrzebujemy kolejnego poradnika, kolejnej aplikacji ani kolejnej odpowiedzi znalezionej w Internecie.

Może czasami potrzebujemy po prostu drogi.

Bieszczadzkiej połoniny.

Leśnej ścieżki.

Brzegu morza.

Górskiego szczytu.

Albo zwyczajnego chodnika gdzieś niedaleko domu.

Trzeba tylko iść.

A potem usiąść.

Na kamieniu.

Na ławce.

Na skrawku zielonej trawy.

Popatrzeć przed siebie.

I pozwolić sobie pomyśleć.

O sobie.

O drugim człowieku.

O świecie.

O tym, dokąd właściwie idziemy.

A może w pewnym momencie zadać sobie pytanie, które człowiek zadaje sobie od tysięcy lat:

Dlaczego jest coś, zamiast niebytu?

Nie musimy znaleźć odpowiedzi.

Wystarczy, że potrafimy zadać pytanie.

Bo być może właśnie od tego wszystko się zaczęło.

Od człowieka, który po raz pierwszy zatrzymał się na swojej drodze, spojrzał przed siebie i pomyślał:

Dlaczego?

 

Zielone wiaty za ponad 410 tysięcy złotych. Czy miasto liczy także przyszłe koszty?

 



Miały być nowoczesne, ekologiczne i estetyczne. Miały wprowadzić więcej zieleni do miejskiej przestrzeni i pokazać, że nawet zwykły przystanek autobusowy może być czymś więcej niż tylko metalową konstrukcją z dachem.

Dziś, trzy lata po ich pojawieniu się w Starachowicach, zielone wiaty przystankowe mają już za sobą nie tylko okres zachwytów i dyskusji, ale również problemy z roślinnością, dodatkowe wydatki na pielęgnację oraz kolejną zmianę ich wyglądu.

Z dostępnych informacji wynika, że zakup czterech wiat kosztował 387 806,16 zł. W 2024 roku miasto wydało kolejne 22 464 zł brutto na pielęgnację roślinności i uzupełnianie nasadzeń. To daje łącznie co najmniej 410 270,16 zł udokumentowanych kosztów.

A przecież historia tej inwestycji jeszcze się nie kończy. W 2026 roku zielone wiaty zostały ponownie odnowione. Powstała nowa konstrukcja z donicami i kwiatami. Nie znamy jednak publicznie pełnego kosztu tych prac.

I właśnie tutaj pojawia się pytanie znacznie szersze niż tylko o cztery przystanki:

Czy Urząd Miejski w Starachowicach, planując tego typu inwestycje, przewiduje również przyszłe koszty ich utrzymania?

Od 250 tysięcy do prawie 388 tysięcy

Historia zielonych wiat zaczęła się od ambitnego pomysłu. Starachowice miały otrzymać cztery nowoczesne przystanki z zielonymi elementami. Dwie konstrukcje zaplanowano w rejonie ulicy Kolejowej, a kolejne dwie przy ulicy Konstytucji 3 Maja.

Pierwotnie miasto zakładało wydatek w wysokości około 250 tysięcy złotych. Rzeczywistość przetargowa okazała się jednak inna. Pierwsze postępowanie zostało unieważnione, a w kolejnym wybrano ofertę firmy MM2021 Sp. z o.o. na kwotę 387 806,16 zł. Umowę podpisano w sierpniu 2022 roku, a wiaty pojawiły się w przestrzeni miasta w 2023 roku.

Sama kwota od początku budziła emocje. Trudno się temu dziwić. W przeliczeniu na jeden obiekt wychodziło blisko 97 tysięcy złotych.

Z drugiej strony inwestycja była częścią większego projektu komunikacyjnego i korzystała z finansowania zewnętrznego. Prezydent miasta informował wówczas, że bezpośredni wkład miasta miał wynosić około 16 tysięcy złotych na jedną wiatę, a pozostała część kosztów miała być pokryta ze środków europejskich i krajowych.

I tu warto postawić sprawę jasno. Całkowita wartość inwestycji nie jest tym samym co bezpośredni wydatek z miejskiego budżetu. Ale z punktu widzenia publicznego rachunku obie informacje są ważne. Ktoś bowiem musiał zapłacić za całość, niezależnie od tego, czy pieniądze pochodziły bezpośrednio z budżetu Starachowic, czy z funduszy zewnętrznych.

Zakup to dopiero początek

Problem z zieloną infrastrukturą polega na tym, że jej koszt nie kończy się w chwili przecięcia symbolicznej wstęgi.

Zwykła wiata przystankowa również wymaga konserwacji. Ale zielona wiata to konstrukcja, której częścią są żywe rośliny. A rośliny trzeba pielęgnować.

Trzeba je podlewać, odchwaszczać, nawozić, chronić przed szkodnikami, usuwać uschnięte części i – jeśli nie przetrwają – sadzić nowe.

To nie jest wada zieleni. To jej natura.

Problem zaczyna się wtedy, gdy podczas prezentowania inwestycji mówi się przede wszystkim o kosztach zakupu, a znacznie mniej o tym, ile będzie kosztowało jej funkcjonowanie przez kolejne lata.

Kolejne 22 tysiące złotych

W 2024 roku stan roślinności na zielonych wiatach zaczął budzić coraz więcej pytań. Wiaty, które miały cieszyć mieszkańców zielenią, nie zawsze wyglądały tak, jak zakładano.

Miasto zawarło wówczas umowę ze Spółdzielnią Socjalną „Starachowiczanka” na pielęgnację roślinności. Umowa obejmowała cztery miesiące, od lipca do października.

Zakres prac był szeroki. Obejmował między innymi systematyczne odchwaszczanie, usuwanie przekwitłych kwiatostanów, nawożenie, ochronę przed szkodnikami, utrzymanie terenu w czystości oraz uzupełnianie brakujących roślin.

Całkowity koszt tych prac wyniósł 22 464 zł brutto.

Po dodaniu tej kwoty do kosztu zakupu otrzymujemy:

387 806,16 zł + 22 464 zł = 410 270,16 zł.

To jednak wymaga ważnego zastrzeżenia.

410 270,16 zł nie musi być pełnym kosztem całej historii zielonych wiat. Jest to suma wydatków, które można obecnie udokumentować na podstawie dostępnych informacji.

A kolejne koszty pojawiły się przecież również później.

Gwarancja nie oznacza darmowego utrzymania

W dyskusji o zielonych wiatach pojawiło się również pytanie o gwarancję.

Jak informowano w 2024 roku, konstrukcje były objęte siedmioletnią gwarancją. Nie oznaczało to jednak, że wykonawca miał bezpłatnie wykonywać wszystkie prace związane z ich późniejszym utrzymaniem.

Bieżąca pielęgnacja roślinności czy konserwacja określonych elementów nie były automatycznie objęte gwarancją. Wskazywano również na uszkodzenia mechaniczne oraz kradzieże części roślin.

I to pokazuje kolejną rzecz.

Gwarancja chroni przed określonymi wadami wykonania. Nie zastępuje jednak regularnego utrzymania.

Jeżeli więc miasto decyduje się na inwestycję wymagającą systematycznej opieki, to koszty tej opieki powinny być częścią rachunku już na etapie planowania.

W 2026 roku znów potrzebna była zmiana

Latem 2026 roku zielone wiaty ponownie znalazły się w centrum zainteresowania.

Roślinność na wcześniejszych konstrukcjach wymagała odnowienia. Pracownicy Spółdzielni Socjalnej „Starachowiczanka” rozpoczęli wykonywanie nowego rozwiązania.

Na jednej z wiat przy ulicy Kolejowej powstała nowa, kaskadowa konstrukcja z donicami obsadzonymi kwiatami. Całość została wykończona drewnianymi osłonami. Zapowiadano również odnowienie pozostałych wiat.

Można więc powiedzieć, że po około trzech latach zielona część wiat otrzymała nową formę.

Nie oznacza to, że obecne rozwiązanie będzie gorsze. Być może właśnie teraz udało się znaleźć konstrukcję i sposób nasadzeń lepiej dostosowany do warunków panujących w Starachowicach.

Ale pojawia się zasadnicze pytanie:

Ile kosztowała ta kolejna zmiana?

Na podstawie publicznie dostępnych informacji nie udało się ustalić odrębnej, szczegółowej kwoty dotyczącej renowacji wszystkich czterech wiat w 2026 roku.

A bez tej kwoty nadal nie znamy pełnego rachunku.

Czy miasto przewiduje przyszłe koszty?

To chyba najważniejsze pytanie, jakie wynika z historii zielonych wiat.

Starachowice stoją dziś przed kolejnymi dużymi inwestycjami związanymi z zieloną infrastrukturą. Miasto realizuje projekt o wartości przekraczającej 105 milionów złotych, którego celem jest między innymi rozwój terenów zielonych, retencja wody i dostosowanie przestrzeni miejskiej do zmian klimatu.

To kierunek potrzebny i zrozumiały.

Ale właśnie dlatego doświadczenie zielonych wiat powinno być dokładnie przeanalizowane.

Bo inwestycja za milion złotych może po kilku latach kosztować znacznie więcej, jeżeli wymaga regularnej pielęgnacji, napraw, wymiany elementów lub zatrudnienia dodatkowych osób.

Dlatego warto dziś zapytać Urząd Miejski w Starachowicach:

Czy przed podjęciem decyzji o realizacji inwestycji miasto przygotowuje prognozę kosztów jej utrzymania w kolejnych latach?

Czy przy nowych projektach bierze się pod uwagę nie tylko:

  • koszt budowy,
  • koszt montażu,
  • wysokość dofinansowania,

ale również:

  • koszty pielęgnacji,
  • koszty konserwacji,
  • koszty napraw,
  • koszty wymiany roślin i materiałów,
  • koszty pracy osób zajmujących się utrzymaniem inwestycji?

Bo dofinansowanie może znacząco obniżyć koszt rozpoczęcia inwestycji. Nie zawsze jednak pokrywa koszty jej późniejszego funkcjonowania.

A to właśnie te koszty mogą przez kolejne lata obciążać budżet miasta.

Nie chodzi o to, żeby nie budować

W tej historii nie chodzi o to, aby udowodnić, że każda zielona inwestycja jest niepotrzebna.

Przeciwnie. Miasta potrzebują zieleni. Potrzebują drzew, terenów zatrzymujących wodę, parków i nowoczesnych rozwiązań dostosowanych do coraz wyższych temperatur.

Ale zielona infrastruktura nie powinna być oceniana wyłącznie w dniu jej otwarcia.

Powinna być oceniana również po roku. Po trzech latach. Po pięciu.

I przede wszystkim powinna być planowana z myślą o tym, kto i za jakie pieniądze będzie ją później utrzymywał.

Historia czterech zielonych wiat w Starachowicach jest pod tym względem dobrą lekcją.

Dziś wiemy, że ich zakup kosztował 387 806,16 zł. Wiemy również, że w 2024 roku wydano kolejne 22 464 zł na pielęgnację i uzupełnianie roślinności.

Mamy więc co najmniej 410 270,16 zł udokumentowanych kosztów.

Wiemy także, że w 2026 roku wiaty ponownie zostały odnowione i ich zielona część otrzymała nową formę.

Nie wiemy natomiast, ile kosztowały te ostatnie prace.

Być może odpowiedź jest w miejskich dokumentach. Być może zostanie podana po złożeniu konkretnego zapytania.

Ale niezależnie od tego odpowiedź na inne pytanie będzie jeszcze ważniejsza.

Czy Urząd Miejski w Starachowicach, planując kolejne zielone inwestycje, patrzy już nie tylko na koszt ich budowy, ale również na koszt ich życia przez następne lata?

Bo mieszkańcy mają prawo znać nie tylko cenę zakupu.

Mają również prawo wiedzieć, ile będą płacić za utrzymanie tego, co miasto kupiło.

#SpacerkiemPoStarachowicach

#roberttof 

 

Polecane

Usiądźmy na kawałku zielonej trawy

  Człowiek zaczął filozofować chyba wtedy, kiedy po raz pierwszy zadał sobie pytanie: dlaczego? Nie wiemy, kiedy dokładnie to się wyda...