Wędrowanie
Jesienią przez Podlasie, ku Kazimierzowi Dolnemu
Wspomnienie podróżowania w październikową jesień po naszym
pięknym Podlasiu.
Jesienne wędrowanie niesie ze sobą niewiadomą w postaci
pogody. Można wędrować w słonecznej poświacie, która wydobywa niezwykłe piękno
jesiennych kolorów. Można też trafić na mglistą, wilgotną aurę, kiedy świat
staje się szary, a wilgoć wnika w ubranie i odbiera ochotę na dłuższy spacer.
W tym roku przypadła mi w udziale właśnie taka pogoda.
Mglista, wilgotna, ale na szczęście dość ciepła. Mogłem spokojnie spać w
samochodzie, a to daje mi coś, co podczas podróżowania cenię szczególnie –
poczucie wolności. Nie muszę szukać noclegu, rezerwować pokoju ani
podporządkowywać się godzinom zameldowania. Zatrzymuję się tam, gdzie mam
ochotę, oczywiście z zachowaniem zasad i poszanowaniem miejsc, w których
przebywam.
W Polsce nie ma ogólnego zakazu spania w samochodzie, choć
trzeba pamiętać o przepisach dotyczących postoju, parkowania i korzystania z
poszczególnych terenów. Mimo tych ograniczeń miejsc, w których można zatrzymać
się na nocny odpoczynek, jest naprawdę wiele. Samochód staje się wówczas nie
tylko środkiem transportu, lecz także niewielkim domem na kołach.
A przecież właśnie o to chodzi w wędrowaniu – żeby móc
ruszyć przed siebie bez szczegółowo zaplanowanej trasy, dać się ponieść
ciekawości i czasami pozwolić, by to droga decydowała za nas.
Dzień pierwszy. Jedwabne i Treblinka – spotkanie z trudną
historią
Tydzień rozpocząłem od honorowego oddania krwi. Spełniłem
dobry uczynek, a przy okazji uzyskałem dwa dni wolnego. Pozostałe dni podróży
pokryłem urlopem. Tak oto pojawiła się możliwość, by na kilka dni oderwać się
od codzienności.
Pierwszym celem było dokończenie czerwcowej wędrówki.
Rozpocząłem od Jedwabnego, niewielkiego miasta na Podlasiu,
którego nazwa na zawsze pozostanie związana z jedną z najtragiczniejszych kart
polskiej historii XX wieku.
10 lipca 1941 roku doszło tutaj do zbrodni na żydowskich
mieszkańcach miasta. Polscy sprawcy, działając w warunkach niemieckiej okupacji
i przy niemieckiej inspiracji, zgromadzili Żydów na rynku, a następnie
zapędzili ich do stodoły, którą podpalono. Ofiarami byli mężczyźni, kobiety i
dzieci. Byli to ludzie, którzy wcześniej współtworzyli miejscową społeczność.
Mieli swoje domy, rodziny, codzienne sprawy i plany na przyszłość. Wszystko to
zostało brutalnie przerwane.
Na miejscu czytałem tablice upamiętniające ofiary. Obok
znajdują się również materiały przedstawiające odmienne interpretacje wydarzeń.
Historia Jedwabnego od lat wywołuje spory i emocje, ale dla mnie najważniejsze
pozostaje to, że doszło tutaj do bestialskiego mordu na bezbronnych ludziach.
Nie przyjechałem, żeby rozstrzygać spory ani wszczynać
dyskusje, które mogą przerodzić się w kłótnie. Przyjechałem, żeby zobaczyć
miejsce, przeczytać informacje, zatrzymać się na chwilę i pomyśleć.
Pomodliłem się za ofiary, ale również za tych, którzy
uczestniczyli w tej zbrodni. Nie po to, by kogokolwiek usprawiedliwiać, lecz by
spróbować zrozumieć, jak człowiek może posunąć się do takiego okrucieństwa. Nie
potrafię tego pojąć. Być może właśnie dlatego wciąż wracamy do historii.
Zabijanie towarzyszy ludzkości od zarania dziejów. Wojny,
konflikty, nienawiść i pragnienie dominacji nieustannie pojawiają się na
kartach historii. Zastanawiam się czasami nad sensem tego wszystkiego. Jeżeli
wierzymy w Stwórcę, pojawia się również pytanie o miejsce zła w świecie, który
miał być przecież dziełem Boga.
Nie znajduję prostych odpowiedzi. Być może nie wszystko da
się wyjaśnić, a może człowiek zbyt często szuka odpowiedzi tam, gdzie powinien
przede wszystkim zadać sobie pytanie o własną odpowiedzialność.
Z Jedwabnego pojechałem do Treblinki.
Treblinka to miejsce, w którym historia przestaje być
jedynie zapisem wydarzeń, a staje się trudnym doświadczeniem spotkania z
pamięcią o ofiarach.
Na terenie dzisiejszego Miejsca Pamięci Treblinka
funkcjonowały podczas niemieckiej okupacji dwa obozy: karny obóz pracy
Treblinka I oraz niemiecki nazistowski obóz zagłady Treblinka II. W pierwszym
więźniowie byli zmuszani między innymi do pracy w żwirowni. W drugim,
działającym w latach 1942–1943, Niemcy zamordowali około 800–900 tysięcy Żydów,
przede wszystkim polskich, ale także deportowanych z innych krajów Europy.
Była to jedna z największych niemieckich fabryk śmierci na
okupowanych ziemiach polskich.
Obchodziłem teren w deszczu. Zatrzymywałem się, czytałem
informacje, patrzyłem na kamienie upamiętniające ludzi, których życie
zakończyło się w tym miejscu. Woda siąpiła z nieba, a wilgoć przenikała
ubranie.
Próbowałem odnaleźć w sobie emocje, które pozwoliłyby choć
na chwilę zbliżyć się do doświadczeń więźniów. Nie ma jednak takiej możliwości.
Nie potrafię poczuć ich strachu, bólu, gniewu, upokorzenia ani wycieńczenia.
Nie wiem, co znaczyło dla nich czekanie na śmierć i świadomość, że nie ma dokąd
uciec.
Moja przemoczona kurtka i mokre buty? W porównaniu z tym, co
przeżywali ludzie zamknięci w obozach, to nic. A jednak człowiek, stojąc w
takim miejscu, zaczyna inaczej patrzeć na własne niedogodności.
Aż wstyd o nich pisać.
Pierwszy dzień wędrówki stał się czasem zadumy.
Historia ma w sobie wiele odpowiedzi. Trzeba tylko umieć
czytać, słuchać i wyciągać wnioski. Przede wszystkim jednak trzeba pamiętać, że
za datami, liczbami i nazwami miejsc kryją się konkretni ludzie.
Warszawa. Spotkanie z synem i muzyczna podróż w
przeszłość
Warszawa powitała mnie mżawką i światłami miasta, które
wieczorem nabiera zupełnie innego charakteru.
Tym razem nie spałem w samochodzie. Gościny udzielił mi syn.
Bardzo cenię sobie czas spędzony z nim, nasze rozmowy i możliwość zwyczajnego
pobycia razem. Podróżowanie daje mi wolność, ale przecież nie oznacza odcinania
się od ludzi. Wręcz przeciwnie – czasami pozwala docenić spotkania, na które w
codziennym pośpiechu brakuje czasu.
Wtorek był dniem koncertu.
Udaliśmy się do legendarnego warszawskiego Klubu Stodoła,
miejsca, które od dziesięcioleci zajmuje ważną pozycję na muzycznej mapie
Polski. Klub powstał w 1956 roku i przez lata gościł wielu znakomitych
artystów, stając się jednym z symboli warszawskiego życia studenckiego i
koncertowego.
Chciałem odwiedzić to miejsce już czterdzieści lat temu.
Niestety, wtedy nie udało mi się zrealizować tego zamiaru. Życie układa własne
scenariusze i nie wszystkie nasze plany doczekują się spełnienia w odpowiednim
czasie.
Tym razem przyjechałem na koncert zespołu, który zachwycił
mnie jeszcze w latach siedemdziesiątych.
SBB.
Nazwa zespołu kojarzy mi się z muzycznym poszukiwaniem,
eksperymentowaniem i przekraczaniem granic. Formacja wyrosła z polskiej sceny
rockowej lat siedemdziesiątych, a jej muzyka łączyła rock progresywny,
improwizację i elementy jazzu. Szczególne miejsce zajmuje w niej Józef Skrzek –
kompozytor, multiinstrumentalista i jedna z najbardziej charakterystycznych
postaci polskiej muzyki rockowej. Oficjalna strona zespołu SBB
Muzyka SBB to dla mnie coś więcej niż wspomnienie młodości.
To powrót do czasów, kiedy odkrywałem nowe dźwięki, słuchałem płyt i
pozwalałem, by muzyka prowadziła mnie w nieznane rejony wyobraźni.
Koncert był prawdziwą ucztą dla ucha.
Są takie chwile, kiedy człowiek przestaje analizować,
porównywać i oceniać. Po prostu słucha. Dźwięki wypełniają przestrzeń, a myśli
biegną własnymi drogami. Wracają wspomnienia, obrazy sprzed lat i emocje, o
których wydawało się, że dawno już zapomnieliśmy.
Czterdzieści lat temu nie udało mi się dotrzeć do Stodoły.
Teraz mogłem nadrobić tę zaległość. I to w towarzystwie syna.
Niektóre marzenia potrzebują czasu, żeby się spełnić.
Środa. Drohiczyn – na wschodnich rubieżach
W środę ruszyłem w stronę Białowieży.
Po drodze zatrzymałem się w Drohiczynie, jednym z tych
miast, które mają własny zapach, kolor i atmosferę. Wystarczy wysiąść z
samochodu, żeby poczuć, że znalazło się w miejscu o odmiennym charakterze.
Drohiczyn leży nad Bugiem, na terenie historycznego
Podlasia. To miasto o długiej i burzliwej historii, niegdyś ważny ośrodek
polityczny i religijny regionu. W XIII wieku odgrywał istotną rolę w dziejach
pogranicza polsko-ruskiego, a w 1253 roku książę Daniel Romanowicz został tu
koronowany na króla Rusi. Dzisiaj Drohiczyn kojarzy się między innymi z
zabytkowymi świątyniami, malowniczym położeniem nad rzeką i spokojem
niewielkiego miasta.
Tutaj wielokulturowość nie jest jedynie hasłem z folderu
turystycznego. Widać ją w architekturze, historii i religijnej tradycji
mieszkańców.
Obok kościoła znajduje się cerkiew. Z wnętrza dobiegał
śpiew, a w środku gromadzili się ludzie. Zatrzymałem się na chwilę i słuchałem.
Koegzystencja różnych kultur i wyznań to ważny element życia
społecznego. Nie zawsze łatwy, niepozbawiony historycznych napięć, ale
niezwykle istotny dla zrozumienia tej części Polski.
W mowie mieszkańców można usłyszeć charakterystyczny
wschodni zaśpiew. Jest w nim coś, co przyciąga uwagę i sprawia, że człowiek ma
ochotę zostać trochę dłużej.
Mimo deszczu i nieprzyjemnego wiatru spacerowałem czystymi
chodnikami. Przyglądałem się zabudowie, zaglądałem w boczne uliczki,
wsłuchiwałem się w dźwięki dobiegające z cerkwi.
Ach, wędrować! To właściwie bardzo proste zajęcie. Wystarczy
ruszyć przed siebie i pozwolić, by miejsce samo opowiedziało swoją historię.
Drohiczyn ma w sobie coś, co sprawia, że nie chce się z
niego wyjeżdżać zbyt szybko.
Białowieża. W poszukiwaniu króla puszczy
Na nocleg wybrałem parking w pobliżu początku szlaku
nazywanego Żebrem Żubra.
To popularna trasa turystyczna prowadząca przez fragment
Puszczy Białowieskiej. Szlak biegnie drewnianymi kładkami i leśnymi ścieżkami,
pozwalając obserwować przyrodę jednego z najcenniejszych kompleksów leśnych
Europy. Puszcza Białowieska jest znana przede wszystkim z zachowanych
fragmentów lasu o naturalnym charakterze, bogactwa gatunków i występowania
żubra – największego dziko żyjącego ssaka Europy.
Noc była znośna. Śpiwór zapewniał ciepło, a samochód chronił
przed wilgocią. Najgorszy okazał się poranek.
Mglisty, zimny, nieprzyjemny. Termometr wskazywał zaledwie
dwa stopnie Celsjusza.
Szybkie ubieranie, przygotowanie na deszcz i można ruszać. W
głowie miałem jedno marzenie: zobaczyć żubra na wolności.
Wyruszyłem na szlak.
Piękne dęby, buki, jesiony, olchy i brzozy mieniły się
jesiennymi barwami. Słońce nieśmiało przedzierało się przez mgłę, a niebo
stopniowo nabierało błękitnego koloru. W lesie panowała cisza, którą od czasu
do czasu przerywał szelest liści lub odgłos spadającej gałązki.
Przemierzałem leśne ostępy, korzystając z pustych ścieżek.
Nie spieszyłem się. Zatrzymywałem się, robiłem zdjęcia i chłonąłem atmosferę
miejsca.
Ostatecznie zrobiłem pętlę, liczącą około siedemnastu kilometrów.
Wędrowanie po lesie ma tę zaletę, że człowiek stopniowo
przestaje myśleć o sprawach, które jeszcze wczoraj wydawały się najważniejsze.
Zostaje droga, oddech, zapach wilgotnej ziemi i rytm własnych kroków.
W porze obiadowej zatrzymałem się na posiłek.
Mój obiad na łonie natury nie przypominał tych z
turystycznych fotografii, na których wszystko wygląda pięknie, kolorowo i
apetycznie. Żadnego starannie przygotowanego dania, drewnianej deski ani
eleganckiego kubka.
Zjadłem szybko tak zwaną zupkę chińską, wypiłem kawę i
zacząłem zastanawiać się, gdzie spędzę kolejną noc.
I wtedy wydarzyło się coś, dla czego warto było tutaj
przyjechać.
Na polu pojawił się żubr.
Stał spokojnie, skubał trawę i patrzył w moją stronę.
Król puszczy.
Nie było ogrodzenia, samochodu ani tłumu turystów z
aparatami. Była przestrzeń, cisza i zwierzę, które robiło dokładnie to, co
robić powinno – żyło po swojemu.
Przez chwilę patrzyliśmy na siebie. Nie wiem, czy byłem dla
niego interesujący, czy po prostu zauważył moją obecność. W końcu odwrócił się
i ruszył dalej.
Wróciliśmy do swoich światów.
To było jedno z tych spotkań, których nie da się zaplanować
ani zamówić. Można przemierzyć setki kilometrów, przeczytać przewodniki i
przygotować trasę, a najważniejsza chwila i tak przychodzi niespodziewanie.
Właśnie dla takich momentów warto wędrować.
Mgła, która zatrzymała mnie w drodze
Kolejną noc postanowiłem spędzić w okolicach Teremisek,
niewielkiej miejscowości położonej niedaleko Białowieży.
Z Teremiskami związany jest Adam Wajrak, dziennikarz,
publicysta i autor książek przyrodniczych, który od lat opisuje świat zwierząt
oraz życie w sąsiedztwie Puszczy Białowieskiej. Jego teksty pokazują, że
przyroda nie jest jedynie pięknym krajobrazem oglądanym podczas spaceru. To
skomplikowany świat zależności, w którym człowiek powinien nauczyć się być
gościem, a nie gospodarzem wszystkiego.
Poranek nie zachwycał.
Mgła otaczała mnie niczym ściana. Wilgotne ubrania nie
zdążyły wyschnąć przez noc. Musiałem sięgnąć po drugi komplet.
Zacząłem się zastanawiać, czy jest sens wyruszać tego dnia
na kolejny szlak. W końcu przyjechałem tutaj po to, żeby wędrować, a nie
siedzieć w samochodzie.
Jednak nawet w podróży trzeba czasami odpuścić.
Nie zawsze warto walczyć z pogodą. Nie każda zaplanowana
trasa musi zostać pokonana, nie każdy dzień musi przynieść spektakularne
widoki. Wędrowanie uczy również akceptowania tego, na co nie mamy wpływu.
Decyzja przyszła szybko.
Zamiast kolejnego marszu przez las postanowiłem odwiedzać
miasta Podlasia.
Pierwsze na mapie zwróciły moją uwagę Siemiatycze.
Siemiatycze. Wielokulturowość i podobieństwo miejsc
W Siemiatyczach, podobnie jak w wielu innych miejscowościach
Podlasia, wielokulturowość jest widoczna na każdym kroku.
Niedaleko siebie znajdują się kościół katolicki, cerkiew
prawosławna i kaplica związana ze wspólnotą adwentystyczną. To przypomnienie,
że przez stulecia na tych terenach spotykały się różne tradycje religijne i
kulturowe.
Siemiatycze mają ciekawą historię. Rozwijały się jako
ośrodek handlowy, a szczególne znaczenie zyskały w XVIII wieku, kiedy
właścicielką miasta była Anna Jabłonowska. Zasłynęła ona jako reformatorka i
kolekcjonerka, a jej działalność sprawiła, że Siemiatycze stały się
rozpoznawalnym ośrodkiem życia gospodarczego i naukowego.
Dzisiaj to miasto, w którym historia spotyka się ze
współczesnością.
Spacerowałem ulicami i przyglądałem się zabudowie.
Zauważyłem coś, co coraz częściej zwraca moją uwagę podczas podróży po Polsce.
Nasze miejscowości stają się do siebie podobne.
Podobne domy, bloki, place zabaw, siłownie na świeżym
powietrzu, te same rozwiązania architektoniczne i podobne pomysły na
zagospodarowanie przestrzeni. Oczywiście, miasta muszą się rozwijać, a
mieszkańcy mają prawo do wygodnego życia. Nie chodzi mi o to, żeby zatrzymywać
zmiany.
Szkoda mi jednak tej odmienności, która kiedyś pozwalała
rozpoznać charakter miejsca już po kilku minutach spaceru.
Każde miasto miało swoją atmosferę, własną architekturę i
niepowtarzalny rytm życia. Dzisiaj coraz częściej można odnieść wrażenie, że wystarczy
zmienić nazwę na tablicy przy wjeździe, by znaleźć się w zupełnie innym
miejscu.
Cóż, mogę ponarzekać, ale świat nie będzie się zmieniał
wyłącznie według moich upodobań.
Na szczęście około południa słońce zaczęło przebijać się
przez mgłę i chmury.
Ruszyłem dalej.
Święta Góra Grabarka. Miejsce mistyczne
Nie sposób, wędrując po tych stronach Podlasia, pominąć
Świętej Góry Grabarki. To miejsce szczególne, przesiąknięte modlitwą, wiarą i
tajemnicą. Nawet jeśli ktoś nie jest człowiekiem głęboko religijnym, trudno
pozostać wobec niego obojętnym.
Grabarka jest najważniejszym prawosławnym sanktuarium w
Polsce. Jej historia wiąże się z epidemią cholery z 1710 roku. Według tradycji
pewien człowiek, który we śnie otrzymał polecenie udania się na górę, schronił
się tam wraz z innymi ludźmi i modlił o ocalenie. Góra stała się miejscem
kultu, a z czasem jednym z najważniejszych ośrodków prawosławia w naszym kraju.
Pierwsze, co przyciąga wzrok, to tysiące krzyży
przynoszonych przez pielgrzymów. Drewniane, niewielkie i całkiem okazałe.
Ustawione obok siebie, tworzą niezwykły obraz ludzkiej wiary. Każdy z tych
krzyży ma swoją historię. Za każdym stoi człowiek, jego prośba, wdzięczność,
cierpienie albo nadzieja.
Spacerując wśród nich, zastanawiałem się, ile ludzkich losów
kryje się w tym miejscu. Ile modlitw wypowiedziano tutaj szeptem, ile łez
spłynęło po twarzach, ile osób przyjechało z ciężarem, którego nie potrafiły
unieść w samotności.
Grabarka jest miejscem mistycznym. Nie dlatego, że trzeba w
coś wierzyć, by to poczuć. Raczej dlatego, że człowiek staje tutaj wobec czegoś,
czego nie da się łatwo opisać ani zmierzyć. Wobec wiary, która dla jednych jest
fundamentem życia, dla innych pozostaje tajemnicą.
W otoczeniu drzew, w ciszy przerywanej jedynie odgłosami
kroków, łatwiej zwolnić i wsłuchać się we własne myśli. Nie ma tu potrzeby
niczego udowadniać ani z nikim dyskutować. Można po prostu być.
Patrzyłem na krzyże i myślałem o tym, że niezależnie od
wyznania, przekonań czy stosunku do religii wszyscy szukamy czasami czegoś, co
daje nam oparcie. Jedni odnajdują je w modlitwie, inni w bliskości drugiego
człowieka, jeszcze inni w przyrodzie albo samotnym wędrowaniu.
Może właśnie dlatego takie miejsca pozostają ważne.
Przypominają nam, że poza codziennym pośpiechem, rachunkami, obowiązkami i
nieustannym zdobywaniem kolejnych celów istnieje również przestrzeń na zadumę.
Opuściłem Grabarkę z poczuciem, że niektórych miejsc nie
trzeba dokładnie opisywać. Wystarczy je odwiedzić i pozwolić, by pozostawiły w
nas własny ślad.
Są na mapie punkty, które oglądamy. Są też takie, które w jakiś
sposób zabieramy ze sobą.
Święta Góra Grabarka należy do tych drugich.
Mielnik. Nad zakolem Bugu
Kolejny kierunek wyznaczyłem na Mielnik, niewielką
miejscowość położoną nad Bugiem, niedaleko granicy z Białorusią.
Bug należy do tych rzek, które zachowały wiele ze swojego
naturalnego charakteru. Wije się wśród łąk, pól i zadrzewionych brzegów,
tworząc malownicze zakola. W wielu miejscach krajobraz wygląda tak, jakby czas
płynął tutaj wolniej.
Mielnik ma długą historię, sięgającą średniowiecza. Przez
wieki był ważnym punktem na pograniczu, a jego położenie nad rzeką sprzyjało
rozwojowi osadnictwa i handlu.
Nad miejscowością znajdują się pozostałości zamku, który
niegdyś pełnił funkcje obronne i administracyjne. Dzisiaj ruiny przypominają o
dawnej randze Mielnika oraz o burzliwych dziejach tej części Podlasia.
W okolicy prowadzone są prace związane z utrzymaniem i
zagospodarowaniem zabytkowych obiektów.
Jak w wielu niewielkich miejscowościach, także tutaj można
znaleźć rynek, fontannę, plac zabaw i przestrzeń rekreacyjną.
A jednak najbardziej zapamiętałem nie te elementy, lecz
ciszę.
Miejscowość sprawiała wrażenie niemal bezludnej. Na ulicach
niewiele się działo. Można było spacerować bez pośpiechu, zatrzymywać się i
przyglądać detalom, które w większym mieście giną w codziennym zgiełku.
Ta cisza miała jednak również drugie oblicze.
Małe miejscowości często tracą mieszkańców. Młodzi ludzie
wyjeżdżają w poszukiwaniu pracy, lepszych zarobków i większych możliwości
rozwoju. Zostają ci, którzy są mocniej związani z miejscem, mają tutaj domy,
rodziny i swoje życie.
Nie jest to problem wyłącznie Mielnika. To zjawisko widoczne
w wielu regionach Polski.
Trudno wymagać od młodego człowieka, żeby został w rodzinnej
miejscowości tylko dlatego, że jest piękna i ma bogatą historię. Potrzebuje
przecież pracy, perspektyw i poczucia, że może budować tutaj swoją przyszłość.
A jednak szkoda, kiedy miejsca z taką przeszłością stopniowo
tracą energię i ludzi, którzy mogliby ją podtrzymywać.
Patrzyłem na Bug i myślałem o tym, jak niewiele potrzeba,
żeby poczuć bliskość przyrody. Rzeka płynie swoim rytmem, niezależnie od tego,
ile osób przechodzi jej brzegiem. Tylko my, ludzie, tak bardzo spieszymy się z
miejsca na miejsce.
Zmiana planów. Kierunek Kazimierz Dolny
Przyszedł czas na obiad.
Posiłek z torebki foliowej, kawa fusiara i chwila odpoczynku.
Bez restauracji, bez eleganckiego nakrycia stołu, bez konieczności sprawdzania
menu.
Jest dobrze. Nie potrzebuję więcej.
Podczas odpoczynku zacząłem zastanawiać się nad dalszą
trasą. I wtedy pojawił się pomysł, żeby ruszyć do Kazimierza Dolnego.
Znam to miasto, byłem w nim wcześniej. Ale przecież
znajomość miejscowości nie oznacza, że poznaliśmy wszystkie jej zakątki. Zwykle
odwiedzamy rynek, oglądamy zabytki, robimy zdjęcia i wracamy do domu.
A przecież wokół Kazimierza rozciąga się niezwykły świat
lessowych wąwozów, wzgórz, sadów i polnych dróg.
Postanowiłem więc poznać je dokładniej.
Chciałem przejść szlakami wokół miasta, zobaczyć miejsca, do
których nie dociera większość turystów, i po prostu nacieszyć się wędrówką.
Nie spieszyłem się. Jechałem spokojnie, zatrzymując się tam,
gdzie coś przyciągnęło moją uwagę.
Moim celem było dotarcie do Kazimierza Dolnego i pozostanie
tam do końca siedmiodniowego urlopu.
Tym razem wybrałem kemping.
Potrzebowałem prysznica, chwili wygody i możliwości wysuszenia
rzeczy. Nawet największy entuzjasta spania w samochodzie musi czasami zadbać o
podstawowe potrzeby.
Do Kazimierza dotarłem wieczorem.
Kolacja, prysznic, lektura i spać.
Jutro miało być piękne słońce.
Kazimierz Dolny. Wędrówka poza utartym szlakiem
Sobota przywitała mnie piękną pogodą.
Wreszcie!
Po kilku dniach mgły, deszczu i wilgoci mogłem ruszyć w
drogę bez zastanawiania się, czy za chwilę przemoknę do suchej nitki.
Wybrałem szlak i wyruszyłem.
Kazimierz Dolny jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych miasteczek
turystycznych w Polsce. Położony nad Wisłą, zachwyca renesansową architekturą,
zabytkowymi kamienicami, ruinami zamku i malowniczymi wzgórzami. Jego wyjątkowy
charakter wynika jednak nie tylko z zabudowy, lecz także z otaczającego go
krajobrazu.
Szczególną atrakcją są wąwozy lessowe, powstałe wskutek
działania wody na podatne na erozję podłoże. Wysokie, strome ściany, korzenie
drzew odsłonięte przez spływającą wodę i sklepienia z gałęzi tworzą scenerię,
której trudno szukać w innych częściach Polski.
Właśnie te miejsca chciałem zobaczyć.
Pierwszym obiektem, który zatrzymał mnie na dłużej, były
ruiny willi Stanisława Szukalskiego, znanego artysty, rzeźbiarza i rysownika.
Szukalski był postacią niezwykłą. Urodził się w 1893 roku, a
znaczną część życia spędził poza Polską. Jego twórczość wyróżniała się
oryginalną formą, ekspresją i indywidualnym podejściem do sztuki. Był artystą
bezkompromisowym, obdarzonym ogromną wyobraźnią, który stworzył własny,
rozpoznawalny język artystyczny.
Zatrzymałem się na chwilę, przyjrzałem pozostałościom
budowli i pozwoliłem myślom pobiec własną drogą.
Lubię takie momenty podczas podróży. Nie muszę od razu
wszystkiego fotografować ani opisywać. Czasami wystarczy stanąć, popatrzeć i
zastanowić się nad tym, jak wiele historii kryje się w miejscach mijanych przez
nas każdego dnia.
Ruszyłem dalej.
Kolejnym celem był wiatrak stojący na skarpie wiślanej,
związany z okolicami Mięćmierza i Albrechtówki. To jeden z charakterystycznych
elementów krajobrazu w pobliżu Kazimierza Dolnego.
Wiatraki, choć dziś często pełnią funkcję dekoracyjną, są
świadectwem dawnej techniki i codzienności. Przez wieki wykorzystywano energię
wiatru do mielenia zboża, a ich położenie na wzniesieniach nie było
przypadkowe.
Tutaj jednak najważniejszy okazał się widok.
Z miejsca, w którym się zatrzymałem, rozciągała się piękna
panorama na dolinę Wisły i zamek w Janowcu, położony na przeciwległym brzegu
rzeki.
Janowiec słynie z monumentalnych ruin renesansowego zamku,
którego budowę rozpoczęto na początku XVI wieku. Rezydencja należała do znanych
rodów magnackich, między innymi Firlejów, Tarłów i Lubomirskich. Dzisiaj
pozostałości zamku, udostępnione do zwiedzania jako oddział Muzeum
Nadwiślańskiego, przypominają o dawnej świetności tej rezydencji.
Patrzyłem na zamek i rzekę, próbując zapamiętać ten widok.
Z informacji umieszczonych w pobliżu wiatraka dowiedziałem
się, że właściciele posesji umożliwiają wejście na jej teren, aby można było
podziwiać okolicę. To miły gest. Nie każdy musi udostępniać swoją przestrzeń
innym, dlatego warto docenić takie inicjatywy.
Po krótkim odpoczynku ruszyłem dalej.
Przede mną był długi marsz wśród pól i sadów.
Jabłka prosto z drzewa smakują najlepiej
Wędrowałem polnymi drogami, mijając sady, zagajniki i
rozległe pola.
Jesień ma w sobie coś wyjątkowego. Nie jest już tak
intensywna jak lato, ale potrafi zachwycić spokojem i kolorami. Ziemia
odpoczywa po zbiorach, drzewa stopniowo tracą liście, a w powietrzu czuć zapach
wilgotnej gleby.
W pewnym momencie zatrzymałem się przy sadzie.
Jabłka zerwane prosto z drzewa smakują inaczej niż te
kupione w sklepie. Może to kwestia świeżości, może zapachu, a może po prostu
okoliczności, w jakich się je zjada.
Oczywiście pojawia się pytanie: a co z chemią?
To rozsądna wątpliwość. Sam wygląd owocu nie pozwala ocenić,
jak był uprawiany ani czy stosowano środki ochrony roślin. Dlatego nie
zamierzam udawać, że każde jabłko zerwane w sadzie jest automatycznie zdrowsze
od sklepowego.
Ale smak?
Ten konkretny moment, kiedy stoisz na polnej drodze, masz
przed sobą sad, a w ręku świeże jabłko? Tego nie da się kupić.
Po odpoczynku ruszyłem dalej, stopniowo zbliżając się do
Kazimierza Dolnego.
Wracałem wąwozami, podziwiając ich niezwykłe kształty i
światło przedzierające się przez korony drzew. Każdy zakręt odsłaniał nowy
fragment krajobrazu. Czasami ścieżka prowadziła między wysokimi ścianami lessu,
innym razem otwierała się na pola i wzgórza.
To był dzień, na który czekałem.
Nie dlatego, że zobaczyłem coś, czego nie ma w
przewodnikach. Raczej dlatego, że mogłem wreszcie wędrować w swoim tempie, bez
pośpiechu i bez konieczności ciągłego sprawdzania prognozy pogody.
Kazimierz Dolny znam od dawna, ale po raz kolejny
przekonałem się, że do znanych miejsc warto wracać. Wystarczy zmienić sposób
ich poznawania.
Czasami wystarczy zejść z głównej ulicy, skręcić w boczną
drogę albo wybrać szlak, którego wcześniej nie braliśmy pod uwagę.
Świat od razu staje się większy.
Tydzień w drodze
Minął tydzień.
Niespiesznym tempem przejechałem samochodem ponad 1200
kilometrów. Odwiedziłem miejsca naznaczone trudną historią, spotkałem się z
muzyką, która towarzyszy mi od młodości, spacerowałem po miastach Podlasia,
wędrowałem przez puszczę i przemierzałem wąwozy Kazimierza Dolnego.
Nie wszystko poszło zgodnie z planem.
Pogoda nie zawsze sprzyjała, ubrania nie chciały schnąć, a
mgła czasami odbierała ochotę na wyjście z samochodu. Były chwile zadumy,
momenty zachwytu i zwyczajne, codzienne czynności: przygotowanie posiłku,
szukanie miejsca na nocleg, parzenie kawy.
A jednak właśnie z takich drobiazgów składa się podróż.
Nie trzeba odwiedzać kilkunastu atrakcji dziennie, zaliczać
wszystkich punktów na mapie i wracać z setkami zdjęć. Czasami ważniejsze jest
to, co pozostaje w głowie, niż to, co udało się uwiecznić aparatem.
Zobaczyłem żubra na wolności. Słuchałem muzyki SBB w
warszawskiej Stodole. Rozmawiałem z synem. Zatrzymałem się w miejscach, które
skłaniają do refleksji nad historią i ludzkim losem. Wędrowałem po lesie,
podziwiałem dolinę Bugu i zaglądałem w lessowe wąwozy.
Odpocząłem.
Teraz mogę wracać do obowiązków, tych miłych i tych mniej
przyjemnych. Wiem jednak, że głowa jest spokojniejsza, a wspomnienia jeszcze
długo będą wracać w najmniej spodziewanych momentach.
Czy będę dalej rozwijał swoją turystykę samochodową?
Na pewno.
Spanie w samochodzie daje mi wolność. Pozwala zmieniać
plany, zatrzymywać się tam, gdzie akurat mam ochotę, i nie podporządkowywać
całej podróży z góry ustalonemu harmonogramowi.
Nie oznacza to, że zawsze będę spał w aucie. Czasami wybiorę
kemping, czasami inne miejsce noclegowe. Najważniejsze, żeby mieć możliwość
wyboru.
Wędrowanie nie musi być wyścigiem. Nie musi też służyć
zdobywaniu kolejnych punktów na mapie.
Dla mnie jest sposobem na poznawanie świata, spotykanie
ludzi, odkrywanie historii i porządkowanie własnych myśli.
Daje przestrzeń, której czasami brakuje w codziennym życiu.
I daje poczucie, że wciąż można ruszyć przed siebie, nawet
jeśli nie wszystko jest zaplanowane, a pogoda nie zawsze sprzyja.
Bo przecież nie chodzi wyłącznie o to, dokąd dotrzemy.
Ważne jest również to, co wydarzy się po drodze.
Do następnego wędrowania!