Starachowice. Miasto, które powoli cichnie

 


Lubię spacerować po Starachowicach o poranku. Wtedy miasto wygląda inaczej – spokojniej, prawdziwiej.

Idąc ulicą Radomską, mijając starą część Dolnych, zaglądając na osiedle Żeromskiego czy Południe, często zastanawiam się, ilu ludzi przede mną przemierzało te same chodniki. Ilu wracało z pracy w Zakładach Starachowickich. Ilu odprowadzało dzieci do szkoły. Ilu snuło plany na przyszłość, wierząc, że właśnie tutaj jest ich miejsce na ziemi.

Starachowice nie powstały przypadkiem. To miasto zbudowali ludzie.

Robotnicy Wielkiego Pieca, pracownicy fabryki samochodów, kolejarze, nauczyciele, kupcy z Wierzbnika, rzemieślnicy, lekarze i urzędnicy. To oni stworzyli miasto, które przez dziesięciolecia rosło i przyciągało kolejne pokolenia.

Był czas, gdy Starachowice tętniły życiem.

W 1996 roku miasto liczyło 57 525 mieszkańców. Dziś jest nas niespełna 44 tysiące.

W ciągu jednego pokolenia Starachowice straciły ponad 13 tysięcy mieszkańców. To tak, jakby z miasta zniknęli wszyscy mieszkańcy osiedla Południe i jeszcze kilku mniejszych osiedli.

To nie jest tylko liczba.

To zamknięte mieszkania. To puste ławki w szkołach. To mniej dzieci na placach zabaw. To mniej światła w oknach, gdy zapada zmrok.

To także mniej historii, które dopiero miały zostać napisane.

Kiedyś naturalnym biegiem rzeczy było założenie rodziny. Ludzie nie mieli łatwiejszego życia niż my. Często mieszkali skromniej, zarabiali mniej, ale wierzyli, że jutro będzie lepsze od dziś. Zakładali rodziny, z nimi wiązali swoje plany i marzenia. Chcieli mieć dzieci, dla których będą pracować i którym zapewnią lepszy start w życie.

Dzisiaj świat wygląda inaczej.

Młodzi ludzie chcą się rozwijać, żyć po swojemu, zdobywać wykształcenie, podróżować, poznawać świat i budować swoją pozycję zawodową. Chcą żyć ciekawie i świadomie. Coraz częściej odkładają decyzję o założeniu rodziny na później. Coraz częściej nie są pewni, czy będą gotowi na posiadanie dzieci.

Trudno ich za to potępiać.

Koszty życia rosną. Mieszkania są drogie. Praca nie zawsze daje poczucie stabilności. Młodzi chcą najpierw zbudować solidne fundamenty pod własne życie.

Ale jest też druga strona medalu.

Państwo przez lata prowadziło politykę, która wzmacniała przede wszystkim największe ośrodki: Warszawę, Kraków, Wrocław, Poznań czy Trójmiasto. Tam trafiały najlepsze miejsca pracy, największe inwestycje i największe możliwości.

W efekcie miasta takie jak Starachowice zaczęły przegrywać walkę o młodych ludzi.

Dlatego pytanie o demografię jest w rzeczywistości pytaniem o politykę państwa.

Czy Polska ma rozwijać się równomiernie?

Czy młody człowiek po studiach powinien mieć szansę na dobre życie również w Starachowicach?

Czy państwo i samorząd potrafią stworzyć warunki, które sprawią, że młodzi ludzie nie będą musieli wybierać między rodziną a własnym rozwojem?

Ale nie wszystko zależy od Warszawy.

Wiele zależy również od starachowickiego samorządu.

Od tego, czy miasto będzie umieć przyciągać inwestorów tworzących dobrze płatne miejsca pracy. Czy powstaną mieszkania dostępne dla młodych rodzin? Czy oferta kulturalna, sportowa i rekreacyjna będzie na tyle atrakcyjna, by młodzi ludzie chcieli tutaj zostać?

Osoby odpowiedzialne za lokalną politykę powinny uważnie obserwować sytuację na rynku mieszkaniowym. Niewykluczone, że w najbliższych latach w Starachowicach pojawi się nadpodaż mieszkań i domów. Być może warto rozważyć program wykupu części lokali i przeznaczenia ich na mieszkania czynszowe. Tanie mieszkania lokatorskie mogłyby stać się atrakcyjną alternatywą dla młodych ludzi rozpoczynających samodzielne życie.

Równie ważna jest edukacja. Szkolnictwo podstawowe i średnie powinno być przygotowane na pracę z uczniami nie tylko z Polski, ale również z innych krajów. Dzięki temu Starachowice mogłyby stać się bardziej otwarte i przyjazne dla nowych mieszkańców.

Szkolnictwo zawodowe wymaga natomiast odważnych zmian. Potrzebujemy kształcenia odpowiadającego wyzwaniom XXI wieku – mechaników nowoczesnych urządzeń, operatorów systemów komputerowych, specjalistów automatyki przemysłowej, a przede wszystkim ludzi umiejących samodzielnie myśleć, analizować informacje i korzystać z wiedzy dostępnej na wyciągnięcie ręki. Świat się zmienia, a szkoła musi za nim nadążać.

Mamy jednak czym się pochwalić.

Lubianka, Pasternik, lasy otaczające miasto, dziedzictwo przemysłowe, Muzeum Przyrody i Techniki, a także bliskość Gór Świętokrzyskich. To potencjał, którego wiele miast mogłoby nam pozazdrościć.

Być może warto również pomyśleć o programach zachęcających do powrotu tych, którzy wyjechali. Tysięcy starachowiczan mieszkających dziś w Warszawie, Krakowie, Kielcach czy za granicą.

Coraz częściej mówi się także o uzupełnianiu braków demograficznych poprzez migrację. Być może część nowych mieszkańców przyjedzie do Polski z krajów kulturowo nam bliskich i właśnie tutaj będzie chciała budować swoją przyszłość.

Jednak nawet najlepsza polityka migracyjna nie zastąpi własnych mieszkańców.

Bo miasto żyje wtedy, gdy wracają do niego jego dzieci.

Kiedy kończę kolejny spacer po Starachowicach, patrzę na ludzi mijających mnie na ulicy. Na starsze małżeństwo wracające z zakupów. Na matkę prowadzącą dziecko do przedszkola. Na grupkę nastolatków siedzących na ławce.

I myślę sobie, że największym bogactwem Starachowic nigdy nie była fabryka, wielki piec ani kolejne inwestycje.

Największym bogactwem zawsze byli ludzie.

Dlatego pytanie o demografię nie jest pytaniem o statystyki.

To pytanie o to, czy za dwadzieścia lub trzydzieści lat ktoś będzie jeszcze spacerował tymi samymi ulicami. Czy w oknach nadal będzie paliło się światło? Czy na podwórkach będzie słychać śmiech dzieci?

To pytanie o przyszłość miasta, które wielu z nas nazywa po prostu domem.

A Państwo? Jak widzą przyszłość Starachowic? Czy można zatrzymać proces wyludniania miasta? A może czas na odważną dyskusję o tym, jak sprawić, by Starachowice znów przyciągały ludzi, zamiast ich tracić?

Wędrowanie po pograniczu

 


Piękna prowincja i ciche miasta

    Lubię podróżować poza utartymi szlakami. Tam, gdzie nie ma tłumów, kolejek i wszechobecnych pamiątek. Tym razem trasa zaprowadziła mnie do Kazimierzy Wielkiej, Wiślicy i na Grodzisko Stradów.


 

    Muszę przyznać, że Kazimierza Wielka mnie nie zachwyciła. Podobnie było z Wiślicą. Wszystko pozamykane, ruch turystyczny niemal nie istnieje, a odwiedzających jest niewielu. A przecież Wiślica to miejsce wyjątkowe – jedno z najstarszych i najważniejszych świadectw początków polskiej państwowości. To tutaj historia nie jest tylko zapisana w książkach. Ona wciąż tkwi pod stopami.


 

    Prawdziwym odkryciem okazało się Grodzisko Stradów.


 

    Odwiedzając gród z początków drugiego tysiąclecia, nie spodziewałem się ujrzeć tak ogromnych fortyfikacji. Rozmach tego miejsca zapiera dech w piersiach. Człowiek uświadamia sobie, jak wielką wiedzę i organizację posiadali nasi przodkowie. Bez współczesnych maszyn stworzyli jedną z największych warowni w tej części Europy. Gdyby dysponowali dzisiejszą technologią, zapewne wznieśliby monumentalny zamek. 

    Od pewnego czasu zachwycam się Polską. Zwłaszcza tą prowincjonalną. Coraz lepsze drogi, odnowione zabytki, zadbane centra miasteczek. Wszystko wygląda pięknie.

    Ale pod tą piękną fasadą kryje się cisza.

    Brakuje młodych ludzi. Brakuje dzieci. Brakuje zakładów pracy. Spacerując pustymi ulicami, mam wrażenie, że prowincja powoli zasypia. Temat demografii wraca do mnie nieustannie. Można o nim pisać bez końca, ale odpowiedź i tak przyniesie dopiero czas.

    Grodzisko Stradów przypomina jeszcze o czymś. Jak szybko człowiek potrafi stworzyć coś wielkiego i jak łatwo natura oraz historia potrafią to odebrać. Tysiące ludzi żyły tutaj, kochały, wychowywały dzieci, miały marzenia. Dziś pozostały wały ziemne i wyobraźnia tych, którzy potrafią słuchać historii.

    Polska prowincja uczy pokory. Warto zjechać z głównych dróg, bo właśnie tam często czekają miejsca, które zostają w pamięci na długo.


 

 

 

    Pogranicze

    Od kilku dni podróżuję po wschodniej Polsce. Im bliżej granicy, tym bardziej zmienia się sposób patrzenia na świat.

    Choć wojna toczy się setki kilometrów stąd, świadomość bliskości granicy jest obecna niemal na każdym kroku. Człowiek uświadamia sobie, jak kruche jest poczucie bezpieczeństwa. Historia tej części kraju pokazuje, że granice potrafią zmieniać się szybciej, niż nam się wydaje.

    Jednocześnie zachwycam się Polską. Jest czysta, zadbana, z coraz lepszymi drogami i odnowionymi miejscowościami. Podróżowanie samochodem stało się dla mnie czymś więcej niż przemieszczaniem się. Auto jest jednocześnie środkiem transportu i domem.

    Jednej nocy spałem pod Grodziskiem Stradów, kolejnej nad zalewem w Dubience. Rano budził mnie śpiew ptaków, wieczorem usypiał rechot żab. Tak właśnie zawsze wyobrażałem sobie prawdziwą włóczęgę.

    Pogranicze od wieków było miejscem spotkania różnych kultur, języków i religii. Dziś coraz trudniej dostrzec tę różnorodność. Globalizacja zrobiła swoje.

    Na targu w Dubience zobaczyłem dokładnie to samo, co na targowiskach w innych częściach Polski. Te same ubrania, te same warzywa, ten sam towar sprowadzany z Azji. Nawet letnie festyny coraz bardziej przypominają się nawzajem – te same pierogi, ten sam bigos i to samo disco polo.

    Trochę szkoda.

    Bo właśnie lokalność, odmienność i małe różnice sprawiały, że każda podróż była odkrywaniem czegoś nowego.

    Mimo wszystko nadal warto jechać na pogranicze. Nie po to, żeby szukać atrakcji turystycznych. Warto tam pojechać, aby zrozumieć, jak cennym darem jest spokój i jak niewiele trzeba, by go utracić.


 

 

 

    Miejsca, które uczą pokory

    Są miejsca, z których nie da się wyjść takim samym człowiekiem.

    Bełżec. Sobibór. Majdanek.

    Każde z nich opowiada tę samą historię, choć na swój sposób.


 

    W Bełżcu miałem wrażenie, że ofiary wciąż tam są. Nie w sensie dosłownym. To raczej trudne do opisania uczucie obecności. Cisza tego miejsca mówi więcej niż jakikolwiek przewodnik.


 

    W Sobiborze najmocniej odczuwa się odwagę. W miejscu, gdzie śmierć wydawała się nieunikniona, znaleźli się ludzie gotowi podjąć walkę. Wiedzieli, że mogą zginąć, a mimo to zdecydowali się sprzeciwić złu. Dzięki nielicznym ocalałym świat poznał prawdę o tym miejscu.


 

    Majdanek pozostawia po sobie przede wszystkim zadumę. Tutaj śmierć została zorganizowana niczym przemysł. Człowiek stworzył system, którego jedynym celem było odbieranie życia.


 

    Zwiedzając te miejsca, chciałoby się powiedzieć: „Ja nigdy nie zrobiłbym czegoś takiego”.

    Ale czy naprawdę możemy mieć taką pewność?

    Historycy, psychologowie i socjologowie od lat próbują odpowiedzieć na pytanie, dlaczego zwyczajni ludzie stawali się oprawcami. Nie byli potworami z innej planety. Mieli rodziny, marzenia i często uważali się za dobrych ludzi.


 

    Może właśnie dlatego pamięć o tych miejscach jest tak ważna.

    Uczy, że zło nie zaczyna się od komór gazowych. Zaczyna się od pogardy, od przekonania, że drugi człowiek jest mniej wart.

Dlatego warto pielęgnować empatię. Szanować ludzi o innym wyglądzie, języku czy religii. Bo kiedy przestajemy dostrzegać w drugim człowieku samego siebie, otwieramy drzwi rzeczom, które – wydaje się – już nigdy nie powinny się wydarzyć.

    Historia nie zmieni przeszłości. Może jednak zmienić nas.

 

 

Polecane

Starachowice. Miasto, które powoli cichnie

  Lubię spacerować po Starachowicach o poranku. Wtedy miasto wygląda inaczej – spokojniej, prawdziwiej. Idąc ulicą Radomską, mijając star...