Alkoholizm. Kiedy trzeba przestać walczyć z prawdą

 



    O alkoholizmie napisano już chyba wszystko. Są statystyki, definicje, poradniki, programy terapeutyczne i historie ludzi, którzy przez alkohol stracili niemal wszystko. A jednak za każdym razem, kiedy spotykamy człowieka uzależnionego, cała ta wiedza zaczyna się od nowa. Alkoholizm nie jest przecież statystyką. Jest konkretnym człowiekiem, jego historią, rodziną, lękiem, wstydem i samotnością. Jest także pytaniem, które wcześniej czy później trzeba sobie zadać: co zrobić, kiedy alkohol przestaje być czymś, co wybieramy, a zaczyna wybierać za nas?

    Przez wiele lat alkoholizm kojarzono przede wszystkim ze słabą wolą. Wystarczyło powiedzieć: „przestań pić”, „weź się w garść”, „pomyśl o rodzinie”. Tymczasem człowiek uzależniony bardzo często właśnie tego próbował. Obiecywał sobie, że to ostatni raz, postanawiał, że od poniedziałku nie pije, wytrzymywał kilka dni albo tygodni, a później wracał do alkoholu. Zaczynał wszystko od początku.

    Dlatego pierwszym pytaniem nie powinno być to, czy człowiek ma wystarczająco silną wolę. Ważniejsze jest, czy potrafi zaakceptować prawdę o sobie. Można bowiem mieć silną wolę i jednocześnie być bezsilnym wobec alkoholu. Człowiek może naprawdę chcieć przestać pić, a mimo to nie potrafić zrobić tego własnymi siłami. Może być odpowiedzialny, pracowity, kochać swoją rodzinę i doskonale wiedzieć, jakie konsekwencje przynosi jego picie, a jednak wracać do alkoholu.

    Właśnie dlatego pierwszy krok Programu Dwunastu Kroków jest tak ważny. Nie mówi: „muszę być silniejszy”. Prowadzi do uznania własnej bezsilności wobec alkoholu i przyjęcia, że dotychczasowy sposób kierowania własnym życiem przestał działać. Nie jest to kapitulacja, lecz przyjęcie prawdy. A prawda może być początkiem zmiany.

Akceptacja choroby

    Człowiek uzależniony przez długi czas prowadzi ze sobą pewną grę. Mówi, że nie jest alkoholikiem, bo przecież potrafi nie pić przez kilka dni czy tygodni. Porównuje się z innymi i znajduje tych, którzy piją więcej. Tłumaczy swoje zachowanie stresem, problemami w pracy, samotnością albo trudnym dzieciństwem. Wszystko to może być prawdą, ale nie odpowiada na najważniejsze pytanie: co alkohol robi ze mną i z moim życiem?

    Akceptacja choroby oznacza rezygnację z tego nieustannego targowania się z rzeczywistością. To przyjęcie, że alkohol przestał być dla mnie czymś neutralnym i że nie potrafię bezpiecznie wrócić do picia kontrolowanego. Kolejne obietnice składane samemu sobie nie rozwiązują problemu.

    To może być bolesne, ale przynosi również ulgę. Człowiek przestaje walczyć z prawdą o sobie i może zacząć szukać pomocy.

    Alkoholizm określa się jako chorobę nieuleczalną, ale możliwą do zahamowania. Nieuleczalność nie oznacza jednak beznadziei. Osoba uzależniona może przestać pić i nauczyć się żyć bez alkoholu. Może odbudować relacje, odzyskać zaufanie i stworzyć sobie nowe życie. Nie da się cofnąć przeszłości ani naprawić każdej krzywdy, ale można zatrzymać dalsze niszczenie.

Program Dwunastu Kroków

    Program Dwunastu Kroków nie jest instrukcją, jak przez całe życie powstrzymywać się od alkoholu. Jest propozycją zmiany sposobu życia. Pierwszy krok prowadzi do uznania bezsilności wobec alkoholu. Kolejne zachęcają do uczciwego przyjrzenia się sobie: własnym zachowaniom, lękom, krzywdom wyrządzonym innym i sposobom, w jakie człowiek przez lata próbował kierować swoim życiem.

    Ważne jest jednak to, że program nie zatrzymuje człowieka w poczuciu winy. Poczucie winy może prowadzić do bezradności, natomiast Dwunasty Krok prowadzi w stronę odpowiedzialności. Jeżeli kogoś skrzywdziłem, powinienem zrobić to, co mogę, aby tę krzywdę naprawić. Jeżeli żyłem w kłamstwie, powinienem zacząć żyć uczciwie. Nie chodzi o to, żeby całe życie karać się za przeszłość, ale żeby przeszłość nie stała się usprawiedliwieniem dla dalszego złego postępowania.

    W programie pojawia się również Siła Wyższa. Nie oznacza ona konieczności przyjęcia określonej religii. Każdy może rozumieć ją zgodnie ze swoim sumieniem i przekonaniami. Istotne jest uznanie, że człowiek nie musi być dla siebie jedyną siłą, która ma wszystko kontrolować. Może przyjąć pomoc i otworzyć się na coś większego od własnego ego.

Wspólnota

    Dlatego tak ważna jest Wspólnota Anonimowych Alkoholików. Człowiek uzależniony często żyje w samotności, nawet jeśli wokół niego są ludzie. Ukrywa picie, emocje i porażki. Na mityngu może wreszcie powiedzieć prawdę bez konieczności udowadniania, że wszystko jest w porządku.

    Wspólnota nie jest miejscem ludzi doskonałych. Jest miejscem ludzi, którzy wiedzą, że sami nie potrafili poradzić sobie z alkoholem i szukają innego sposobu życia. Można tam usłyszeć człowieka, który przeszedł podobną drogę, popełniał podobne błędy i znalazł sposób, aby zacząć żyć trzeźwo. To doświadczenie bycia zrozumianym może mieć ogromne znaczenie.

    AA nie zastępuje profesjonalnego leczenia, ale dla wielu osób wspólnota staje się ważnym elementem trzeźwienia. Człowiek przestaje być sam ze swoim problemem.

Alkoholizm dotyka całej rodziny

    Alkoholizm nie dotyczy wyłącznie osoby, która pije. Dotyka także jej najbliższych: żony, męża, dzieci, rodziców czy rodzeństwa. Dom zaczyna funkcjonować według rytmu alkoholu. Wszyscy zastanawiają się, w jakim stanie pijący wróci do domu, czy będzie awantura i czy następnego dnia pójdzie do pracy. Dzieci uczą się rozpoznawać nastroje dorosłych, zanim jeszcze zrozumieją, co właściwie dzieje się w ich rodzinie.

    Bliscy zaczynają kontrolować, sprawdzać, ukrywać butelki, tłumaczyć nieobecności i spłacać długi. Robią to najczęściej z miłości i chęci ratowania rodziny. Problem pojawia się wtedy, gdy ochrona zaczyna chronić również alkoholika przed konsekwencjami jego picia.

    Wtedy pojawia się współuzależnienie. Nie jest ono winą rodziny ani prostym skutkiem tego, że ktoś „za bardzo kocha”. Jest sposobem funkcjonowania, który może rozwinąć się w warunkach długotrwałego życia z osobą uzależnioną. Człowiek zaczyna próbować kontrolować coś, czego kontrolować nie może – picie drugiej osoby.

    Dlatego rodzina również potrzebuje pomocy. Może kochać, wspierać, stawiać granice i zachęcać do leczenia, ale nie może wytrzeźwieć za drugiego człowieka. Czasami postawienie jasnej granicy: „Kocham cię, ale nie będę uczestniczyć w twoim piciu” jest bardziej pomocne niż kolejne próby ratowania go przed skutkami jego zachowania.

    Rodzina może stać się również miejscem, w którym osoba uzależniona po raz pierwszy usłyszy prawdę o swoim problemie. Może zachęcić ją do terapii, kontaktu ze wspólnotą czy rozpoczęcia pracy nad sobą. Nie może jednak wykonać za nią pierwszego kroku.

Tylko na dziś

    W doświadczeniu trzeźwienia ważna jest prostota zasady „tylko na dziś”. Człowiek, który właśnie przestał pić, może przerazić się perspektywą całego życia bez alkoholu. Nie musi jednak rozwiązywać całej przyszłości jednego dnia. Może skupić się na tym, na co rzeczywiście ma wpływ – na dzisiejszej decyzji.

    Dzisiaj nie piję. Jutro przyjdzie jutro.

    To nie oznacza lekceważenia przyszłości. Jest raczej sposobem, aby nie zamieniać trzeźwienia w ogromną, przytłaczającą obietnicę. Trzeźwość buduje się z kolejnych dni i codziennych decyzji.

    Pomocna może być również zasada HALT: Hungry, Angry, Lonely, Tired – głodny, zły, samotny, zmęczony. To proste przypomnienie, żeby w trudnym momencie zatrzymać się i sprawdzić swój stan. Być może jestem głodny, rozdrażniony, samotny albo zwyczajnie wyczerpany. Zamiast reagować impulsywnie, mogę zjeść, odpocząć, porozmawiać, zadzwonić do kogoś albo pójść na mityng.

    Nie jest to lekarstwo na uzależnienie. Jest sposobem codziennej samoobserwacji, która może pomóc rozpoznać sytuacje zwiększające ryzyko powrotu do starych zachowań.

Trzeźwość jest czymś więcej niż niepiciem

    Trzeźwość nie powinna oznaczać życia człowieka, który codziennie powtarza sobie: „nie wolno mi pić”. Jest czymś więcej. To nauka życia bez alkoholu, przeżywania złości, radzenia sobie z samotnością i porażkami, przyjmowania odpowiedzialności za własne zachowanie i odbudowywania relacji.

    Program Dwunastu Kroków prowadzi właśnie w tę stronę. Nie kończy się na abstynencji. Uczy codziennej uczciwości, odpowiedzialności i gotowości do przyznania się do błędu. Pokazuje również, że człowiek może otrzymać pomoc i z czasem sam stać się pomocą dla innych.

    Może właśnie dlatego najważniejsze jest dla mnie jedno: alkoholik nie jest swoją chorobą. Jest człowiekiem, który zachorował i który może nauczyć się żyć inaczej.

    Nie wszystko da się naprawić. Nie można cofnąć czasu ani wymazać słów, które zraniły najbliższych. Można jednak przestać dokładać następne krzywdy.

    Można dzisiaj nie wypić. Można dzisiaj powiedzieć prawdę. Można dzisiaj poprosić o pomoc. Można zrobić pierwszy krok.

    A jutro zrobić następny.

    Alkoholizm może być chorobą nieuleczalną. Ale człowiek nie jest skazany na życie, które prowadziła jego choroba.

 

„Do Sobiboru i z powrotem” – recenzja książki Kalmana Wewryka

 



    „Do Sobiboru i z powrotem” Kalmana Wewryka to przede wszystkim wspomnienie czasu pogardy. To książka człowieka, który podczas II wojny światowej stracił całą rodzinę i sam trafił do obozu zagłady w Sobiborze – niewielkiej miejscowości pośród sosnowych lasów, gdzie niemieccy zbrodniarze stworzyli miejsce masowej eksterminacji Żydów.

    Wewryk opisuje własne losy, tragedię swojej rodziny, ale także zachowania ludzi postawionych w sytuacjach skrajnych. I właśnie ten wymiar książki zrobił na mnie największe wrażenie. W świecie, w którym każdego dnia trzeba było walczyć o życie, niezwykle trudno było sprostać wymaganiom moralnym. Czasami wręcz było to niemożliwe. Najważniejszym celem stawało się po prostu przetrwanie.

    Kalman Wewryk należy do nielicznych więźniów, którym udało się przeżyć powstanie w Sobiborze i uciec z obozu. Jednak sama ucieczka nie oznaczała końca dramatu. Na wolności nie znalazł bezpieczeństwa ani wsparcia. Musiał ukrywać się jak ścigane zwierzę i żyć ze świadomością, że człowiek napotkany na drodze wcale nie musi być człowiekiem przyjaznym.

    Przez długie miesiące towarzyszyło mu poczucie samotności i przekonanie, że cały widzialny świat jest wobec niego wrogi.

    Książka, w której jest tak wiele zła, prowadzi mnie do pytania: dlaczego zło bywa tak banalne?

    Wychowujemy się przecież w przekonaniu, że życie człowieka jest najwyższą wartością, a odebranie drugiemu człowiekowi życia należy do największych zbrodni. Niezależnie od tego, czy odwołujemy się do religii, czy do świeckiego systemu wartości, dobro drugiego człowieka powinno być jednym z podstawowych wyznaczników naszej moralności.

    A jednak historia pokazuje, jak łatwo człowiek może zostać uwiedziony przez nienawiść. Wystarczy odpowiednia ideologia, odpowiednio skonstruowany przekaz i ludzie, którzy dla zdobycia lub utrzymania władzy potrafią przekonać innych, że zbrodnia jest czymś usprawiedliwionym, a nawet koniecznym.

    Najbardziej przerażające jest to, że obserwatorzy zbrodni potrafią nie tylko nie współczuć ofiarom, ale wręcz uznać, że ich śmierć jest czymś zasłużonym. W przypadku Żydów budowano całe systemy kłamstw i uprzedzeń, które miały uzasadniać ich prześladowanie i eksterminację.

    Po latach ponownie sięgnąłem po książkę dotyczącą II wojny światowej i Holokaustu. Jest to w pewnym sensie pokłosie mojej letniej wędrówki śladami miejsc zagłady. Odwiedziłem Majdanek, Sobibór i Bełżec. Byłem także w Chełmie – miejscu szczególnie ważnym dla historii Zagłady. Te podróże sprawiły, że opisane w książce wydarzenia stały się dla mnie jeszcze bardziej przejmujące. Za liczbami i statystykami zobaczyłem konkretne miejsca, ludzi i krajobrazy.

    I może właśnie dlatego książka Wewryka powinna być czytana również dzisiaj.

    Powinni po nią sięgnąć szczególnie ci, którzy łatwo wpadają w sidła ludzi szerzących nienawiść, budujących swoją siłę na podziale i wskazywaniu wrogów. Historia Sobiboru pokazuje bowiem, do czego może doprowadzić sytuacja, w której człowiek przestaje dostrzegać w drugim człowieku po prostu – człowieka.

    „Do Sobiboru i z powrotem” nie jest łatwą lekturą. I chyba właśnie dlatego warto ją przeczytać.

 

Usiądźmy na kawałku zielonej trawy

 



Człowiek zaczął filozofować chyba wtedy, kiedy po raz pierwszy zadał sobie pytanie: dlaczego?

Nie wiemy, kiedy dokładnie to się wydarzyło. Nie znamy imienia pierwszego filozofa. Być może nigdy go nie poznamy. Wyobrażam sobie jednak człowieka sprzed tysięcy lat, który pewnego wieczoru usiadł przy ognisku, spojrzał w niebo i zamiast tylko bać się grzmotu czy podziwiać światło księżyca, zaczął się zastanawiać, czym właściwie jest to wszystko, co go otacza.

Dlaczego słońce wschodzi?

Dokąd znika nocą?

Skąd przyszliśmy?

Co dzieje się po śmierci?

Dlaczego rodzimy się, żyjemy i umieramy?

Może właśnie wtedy narodziła się filozofia.

A może jeszcze wcześniej – w chwili, kiedy człowiek przestał tylko reagować na świat, a zaczął próbować go zrozumieć.


Czasami myślę, że najlepszym miejscem do filozofowania nie jest biblioteka ani uniwersytecka aula.

Jest nim droga.

Droga, która prowadzi gdzieś, ale jednocześnie pozwala przez jakiś czas nie wiedzieć, dokąd dokładnie zmierzamy.

Najlepiej przekonałem się o tym w Bieszczadach.

To góry, które kocham. Nie tylko za połoniny, widoki i przestrzeń. Kocham je za coś, czego trudno dokładnie nazwać. Za możliwość odejścia od codzienności. Za ciszę. Za to, że człowiek idzie przed siebie i ma czas, żeby poukładać własne myśli.

W Bieszczadach zapadały niektóre z najważniejszych decyzji w moim życiu.

Moje decyzje.

Nie podjęte przy biurku, nie w pośpiechu, nie podczas kolejnej rozmowy, w której ktoś mówił mi, co powinienem zrobić.

Podejmowałem je, idąc.

Krok za krokiem.


Jest coś niezwykłego w chodzeniu.

Najpierw człowiek myśli o tym, że boli go noga, że podejście jest strome, że trzeba jeszcze dojść do przełęczy.

Potem zaczyna słyszeć własny oddech.

Później rytm kroków.

A jeszcze później własne myśli.

I nagle okazuje się, że droga, którą pokonujemy w przestrzeni, jest jednocześnie drogą, którą pokonujemy w sobie.

Idziemy pod górę i rozmawiamy sami ze sobą.

Wracamy w dół i czasami wracamy już trochę inni.

Może dlatego przemieszczanie się jest jednym z najstarszych sposobów filozofowania.

Człowiek od zawsze był w drodze.

Wędrował za zwierzyną, szukał wody, nowych terenów, bezpieczeństwa. Przemieszczał się, ponieważ musiał.

Ale być może przy okazji nauczył się czegoś jeszcze.

Że podczas drogi można myśleć.


Pamiętam swoje bieszczadzkie wędrówki.

Idąc połoninami, patrzyłem na przestrzeń przede mną i cieszyłem się z rzeczy, która dla kogoś z boku mogła wydawać się zupełnie zwyczajna.

Nie piję.

Była w tym ogromna radość.

Szedłem przed siebie i wiedziałem, że jestem właśnie tutaj. Przytomny. Świadomy. Obecny.

Góry niczego ode mnie nie chciały.

Nie pytały, co zrobiłem wczoraj.

Nie interesowało ich, ile razy upadłem.

Nie oceniały mnie.

Po prostu były.

A ja szedłem.

I może właśnie wtedy pojąłem, że człowiek czasami potrzebuje nie kolejnej odpowiedzi, lecz drogi, na której może sam sobie zadawać pytania.


Kiedy idę, świat zaczyna wyglądać inaczej.

Domy zostają za plecami.

Drogi zostają za plecami.

Ludzie zostają za plecami.

Zostają drzewa, kamienie, wiatr i własne myśli.

Nie trzeba niczego udowadniać.

Nie trzeba być mądrzejszym od innych.

Nie trzeba mieć racji.

Można po prostu iść.

A przecież właśnie wtedy rodzą się czasami najważniejsze pytania.

Czy jestem tam, gdzie chciałem być?

Czy żyję swoim życiem?

Co jest dla mnie naprawdę ważne?

Czy potrafię być sam ze sobą?

Czy potrafię zrozumieć drugiego człowieka?

I jeszcze jedno pytanie, chyba najtrudniejsze:

Czy mam odwagę coś zmienić?


Filozofowanie nie musi oznaczać czytania Platona, Arystotelesa czy Kanta.

Nie trzeba znać greckich słów ani historii wszystkich filozoficznych szkół.

Czasami filozofowanie zaczyna się bardzo zwyczajnie.

Od samotnego spaceru.

Od siedzenia na górskim szczycie.

Od patrzenia na morze.

Od leśnej ścieżki.

Od podróży pociągiem, podczas której patrzymy przez okno i pozwalamy myślom płynąć własnym rytmem.

Od drogi.

Bo droga zabiera nas z jednego miejsca do drugiego, ale po drodze może zabrać nas również od jednego sposobu myślenia do innego.


Dzisiaj mamy narzędzia, o których człowiek sprzed tysięcy lat nie mógł nawet marzyć.

Mamy Internet. Komputery. Telefony. Sztuczną inteligencję. Maszyny, które potrafią liczyć szybciej niż my i przetwarzać ogromne ilości informacji.

Rozwiązujemy problemy, które jeszcze niedawno wydawały się niemożliwe.

Ale żadne urządzenie nie odpowie za nas na najważniejsze pytania.

Może podsunąć informację.

Może coś obliczyć.

Może coś wyjaśnić.

Ale myślenia, samostanowienia, świadomości i odpowiedzialności za własne decyzje nic nie zastąpi.

Decyzja nadal należy do człowieka.

Tak samo jak pytanie, co zrobić z własnym życiem.


Bo żeby zrozumieć świat, trzeba najpierw spróbować zrozumieć siebie.

A żeby zrozumieć siebie, warto czasami spróbować zrozumieć drugiego człowieka.

To wcale nie jest łatwe.

Każdy z nas patrzy na świat z własnego miejsca. Ma własne doświadczenia, lęki, radości, porażki i nadzieje.

Czasami jesteśmy przekonani, że wiemy, dlaczego ktoś zachował się w określony sposób.

Ale czy naprawdę wiemy?

Może zanim ocenimy drugiego człowieka, warto zadać sobie pytanie:

Co musiałbym przeżyć, żeby zobaczyć świat jego oczami?

To też jest filozofia.


Człowiek od tysięcy lat próbuje odpowiedzieć na te same pytania.

Zmieniają się narzędzia, miasta, granice państw, ustroje, technologie i sposoby komunikowania się.

Zmienia się świat.

Ale człowiek nadal patrzy w niebo i pyta.

Nadal boi się śmierci.

Nadal szuka miłości.

Nadal chce być szczęśliwy.

Nadal próbuje zrozumieć drugiego człowieka.

I nadal nie wie wszystkiego.

Może właśnie dlatego filozofia nigdy się nie skończy.

Bo dopóki człowiek będzie potrafił powiedzieć „nie wiem”, dopóty będzie zadawał pytania.


A ja chyba najbardziej lubię filozofować w drodze.

Nie wtedy, kiedy siedzę przy stole i postanawiam, że będę filozofował.

Tylko wtedy, kiedy idę.

Kiedy mijam kolejne drzewa.

Kiedy droga zakręca.

Kiedy wychodzę ponad las.

Kiedy pojawia się widok.

Kiedy zatrzymuję się na chwilę, żeby złapać oddech.

Wtedy czasami przychodzi myśl, której wcześniej nie było.

Może dlatego warto czasami ruszyć się z miejsca.

Zmiana miejsca daje inną perspektywę.

A inna perspektywa pozwala zobaczyć rzeczy, których wcześniej nie dostrzegaliśmy.


Więc może nie potrzebujemy kolejnego poradnika, kolejnej aplikacji ani kolejnej odpowiedzi znalezionej w Internecie.

Może czasami potrzebujemy po prostu drogi.

Bieszczadzkiej połoniny.

Leśnej ścieżki.

Brzegu morza.

Górskiego szczytu.

Albo zwyczajnego chodnika gdzieś niedaleko domu.

Trzeba tylko iść.

A potem usiąść.

Na kamieniu.

Na ławce.

Na skrawku zielonej trawy.

Popatrzeć przed siebie.

I pozwolić sobie pomyśleć.

O sobie.

O drugim człowieku.

O świecie.

O tym, dokąd właściwie idziemy.

A może w pewnym momencie zadać sobie pytanie, które człowiek zadaje sobie od tysięcy lat:

Dlaczego jest coś, zamiast niebytu?

Nie musimy znaleźć odpowiedzi.

Wystarczy, że potrafimy zadać pytanie.

Bo być może właśnie od tego wszystko się zaczęło.

Od człowieka, który po raz pierwszy zatrzymał się na swojej drodze, spojrzał przed siebie i pomyślał:

Dlaczego?

 

Polecane

Alkoholizm. Kiedy trzeba przestać walczyć z prawdą

       O alkoholizmie napisano już chyba wszystko. Są statystyki, definicje, poradniki, programy terapeutyczne i historie ludzi, którzy ...