Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opinie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opinie. Pokaż wszystkie posty

Dlaczego istnieje raczej coś niż nic

 


        To pytanie postawił przed wiekami Gottfried Wilhelm Leibniz. Im dłużej żyję, tym częściej do niego wracam. Nie dlatego, że liczę na znalezienie ostatecznej odpowiedzi. Raczej dlatego, że mam wrażenie, iż jest to najważniejsze pytanie, jakie człowiek może sobie zadać.

    Dlaczego istnieje Wszechświat? Dlaczego istnieje materia, energia, czas i przestrzeń? Dlaczego istnieją prawa, które sprawiają, że wszystko nie jest chaosem, lecz niezwykle skomplikowanym i uporządkowanym procesem?

Nie interesują mnie spory o to, która religia ma rację. Nie próbuję udowodnić istnienia Boga ani przekonać kogokolwiek do własnych poglądów. Chcę jedynie opowiedzieć o tym, jak sam próbuję rozumieć tajemnicę istnienia.

    Mój sposób myślenia o Bogu nie jest zakorzeniony w żadnym systemie religijnym. Nie oznacza to, że odrzucam religie ani nie dostrzegam ich znaczenia w życiu wielu ludzi. Po prostu moja droga prowadzi innym szlakiem – przez filozofię, naukę, refleksję i nieustanne zadawanie pytań.

    Jeżeli Bóg istnieje, to widzę Go przede wszystkim jako źródło praw, które umożliwiły zaistnienie Wszechświata. Jako początek porządku, dzięki któremu z prostych zasad mogła narodzić się niezwykła złożoność: gwiazdy, planety, życie i w końcu człowiek zdolny do poznawania rzeczywistości.

    Wielki Wybuch nie jest dla mnie zaprzeczeniem Boga. Przeciwnie – może być początkiem procesu, który rozpoczął historię Wszechświata. Procesu, który od miliardów lat rozwija się zgodnie z prawami wpisanymi w naturę. Ewolucja życia nie odbiera mi poczucia tajemnicy. Wręcz przeciwnie – pokazuje niezwykłą głębię mechanizmów, które doprowadziły do naszego istnienia.

    Jednym z powodów mojego zachwytu nad światem jest niezwykła harmonia między nauką a ludzką zdolnością poznawania. Nauka nie odbiera mi Boga. Nauka pogłębia moje zdumienie.

    Poznajemy prawa rządzące Wszechświatem. Fizyka pozwala nam je odkrywać, badać i opisywać. Matematyka natomiast daje nam niezwykły język, za pomocą którego zapisujemy te prawa w postaci równań. Jest coś niezwykłego w tym, że stworzone przez człowieka abstrakcyjne symbole potrafią opisywać ruch planet, narodziny gwiazd, zachowanie najmniejszych cząstek materii i historię całego kosmosu.

    Patrząc na Wszechświat, trudno nie odczuwać pokory. Istnieje świat makro – ogromne galaktyki, miliardy gwiazd, czarne dziury i przestrzenie, których rozmiar przekracza ludzką wyobraźnię. Ale istnieje również świat mikro – atomy, cząstki elementarne i rzeczywistość kwantowa, która często wymyka się naszym codziennym doświadczeniom.

    Im głębiej poznajemy rzeczywistość, tym bardziej okazuje się ona tajemnicza.

    Fizyka Newtona i współczesna fizyka kwantowa pokazują nam, że natura nie działa przypadkowo. Rządzą nią określone zasady. Energia nie znika – zmienia swoją postać. Materia przechodzi przemiany, cząstki powstają i zanikają, ale Wszechświat zachowuje pewien porządek.

    Współczesna fizyka zwraca również uwagę na niezwykłą rolę informacji. Pojawia się pytanie, czy informacja o stanie rzeczywistości może kiedykolwiek całkowicie zniknąć. To pytanie szczególnie mocno wybrzmiewa w rozważaniach dotyczących natury czarnych dziur i granic poznania.

    Czy więc po kresie wszystkiego pozostanie jakaś informacja? Czy pozostanie choćby ślad energii, która kiedyś tworzyła gwiazdy, planety i życie? Czy Wszechświat, który przez miliardy lat zapisywał swoją historię w materii i energii, może naprawdę utracić cały zapis swojego istnienia?

    Nie znam odpowiedzi. Ale samo pytanie wydaje mi się fascynujące. Być może właśnie na granicy między fizyką a filozofią człowiek najbardziej zbliża się do tajemnicy.

    Od pewnego czasu z dużym zainteresowaniem czytam książki profesora Michała Hellera. Nie dlatego, że znajduję w nich gotowe potwierdzenie własnych przekonań. Heller, jako wybitny kosmolog, filozof i kapłan katolicki, patrzy na świat z perspektywy chrześcijańskiej. Inspiruje mnie jednak jego sposób myślenia: przekonanie, że nauka i wiara mogą prowadzić do głębszej refleksji nad rzeczywistością, a poznawanie praw natury może być również drogą zachwytu nad tajemnicą istnienia.

    Nie wierzę w Boga, który potrzebuje ludzkiego cierpienia. Nie potrafię uwierzyć, że ból sam w sobie jest warunkiem zbawienia albo ceną, którą człowiek musi zapłacić za życie wieczne. Cierpienie jest częścią ludzkiego losu, ale nie widzę w nim Boskiego wymagania.

    Jeżeli Bóg jest źródłem istnienia i dobra, bliższa jest mi myśl, że oczekuje od człowieka czegoś innego: uczciwości, współczucia, odpowiedzialności i szacunku dla drugiego człowieka. Nie potrzebuje naszego cierpienia. Potrzebuje naszej świadomości.

    Nie potrafię uwierzyć w Boga zamkniętego w ludzkich definicjach.    Jeśli istnieje, jest większy od wszystkich religii, filozofii i systemów myślenia. Każdy człowiek próbuje opisać tę tajemnicę własnym językiem, ale nikt nie może powiedzieć, że posiada ją w całości.

       Nie oczekuję, że ktoś podzieli moje przekonania. Są one jedynie zapisem mojej drogi i moich pytań.

    Być może nigdy nie znajdę odpowiedzi. Ale coraz bardziej przekonuję się, że warto żyć z dobrymi pytaniami.

Bo może właśnie pytanie Leibniza pozostanie jednym z najważniejszych pytań, jakie człowiek kiedykolwiek postawił:

Dlaczego istnieje raczej coś niż nic?

 

Świat na zakręcie. Między lękiem a nadzieją

 



    No i doczekaliśmy takich czasów. Czasów pogardy? Zadumy? Troski? A może wielkiej rewolucji, obejmującej każdy aspekt naszego życia – życie społeczeństw, państw, lokalnych wspólnot i całej ludzkości.

    W klimacie wrze. W polityce wrze. Wojna toczy się wokół nas. Sztuczna inteligencja dla wielu staje się nowym bożkiem. Co będzie dalej?

    W czasach rewolucji zadajemy pytania, nie oczekując odpowiedzi. Świat zmienia się z prędkością światła. Zanim otrzymamy odpowiedź na jedno pytanie, zdążymy postawić kolejne.

    Mam już parę lat na karku i patrzę na przyszłość ze spokojem. Bliżej mi do wspomnień niż do podboju nowych przestrzeni życia. Być może dlatego obserwuję zachodzące zmiany z dystansem, ale i z niepokojem.

    Klimat się zmienia. Temperatura rośnie. Wody ubywa. Cisza przed burzą jeszcze trwa, lecz niedługo rozpocznie się wielka wędrówka ludzi opuszczających miejsca nienadające się do życia i poszukujących własnego kawałka ziemi. Powierzchnia naszej planety jest ograniczona. Im więcej terenów stanie się niezdatnych do zamieszkania, tym więcej będzie sporów i walk o miejsce pod stopami.

    Z  jednej strony przybywa przestrzeni zagrożonych suszą i wysokimi temperaturami. Z drugiej pojawiają się obszary, które stają się bardziej przyjazne człowiekowi. Nie oznacza to jednak, że można po prostu przenieść miliony ludzi z jednego miejsca na drugie. Ten proces będzie trudny, brutalny i konfliktowy. To jedno z największych wyzwań przyszłości.

    Polska przechodzi zmiany klimatyczne stosunkowo łagodnie. Może więc stać się miejscem, do którego będą napływać ludzie z innych części świata. Czy sobie z tym poradzimy? Widzę jedno rozwiązanie – jasne i przejrzyste zasady przyjmowania imigrantów. Powinni oni wiedzieć, do jakiego kraju przybywają, co możemy im zaoferować i czego od nich oczekujemy. Nasz kraj potrzebuje młodych ludzi, którzy chcą tutaj żyć, pracować i realizować swoje marzenia. Nie możemy jednak zapominać o chorych, starszych czy nieporadnych. Dla nich również powinno znaleźć się miejsce, jeśli chcemy pozostać społeczeństwem opartym na solidarności i współczuciu wynikających z naszego katolickiego korzenia.

    Wojna napędza się znakomicie. Przemysł przestawia się na tory wojenne, a autorytarne rządy coraz częściej sięgają po retorykę strachu. Stara Europa odzyskuje wigor, próbując nie ulec presji państw, które intensywnie się zbroją. Wizje oderwanych od rzeczywistości polityków napędzają spiralę zbrojeń.

    Na wojnie nie ma wygranych. Historia ludzkości pokazuje jednak, że konflikty powracają nieustannie. Być może są elementem naszego gatunku. Jeśli dojdzie do kolejnego globalnego konfliktu, zapewne nie zobaczę już świata po jego zakończeniu. Nie wiem też, jaki będzie jego kształt.

    Moje obawy związane z wojną nie są jedynie rozważaniami człowieka z prowincji. Podskórnie czuję, że nadchodzi czas agresji i niepokoju. Zmieniają się wzorce. Znikają autorytety. Sposób życia, który znamy, zaczyna wydawać się archaiczny. Odrzucenie dotychczasowego porządku dokonuje się na wielu płaszczyznach – moralnej, politycznej, religijnej i filozoficznej.

 

    Sztuczna inteligencja – maszyna parowa XXI wieku – odbiera pracę ludziom, którzy jeszcze niedawno byli przekonani, że bez nich cywilizacja nie będzie mogła funkcjonować. Modele językowe w swojej prostocie zachwiały poczuciem bezpieczeństwa wielu przedstawicieli zawodów umysłowych. Rewolucja wkroczyła do edukacji, medycyny, ekonomii, przemysłu i marketingu.

Mam poczucie nadmiaru. Przesytu. Inflacji wszystkiego.

Co z tego wyniknie?

Wirtualnie palimy książki.

A to nigdy nie było dobrą wróżbą.

Dziś są moje urodziny

 



Postanowiłem sam sobie wręczyć prezent na 60. urodziny. Pisanie było dla mnie ważne od dziecka. Jestem grafomanem od zawsze – taka już moja natura. Niestety, grafomaństwo jest nieuleczalne; z tą przypadłością trzeba po prostu nauczyć się żyć. Przez większość czasu pisałem „do szuflady”, która dziś pęka w szwach od moich bazgrołów, momentami trudnych do odczytania. Będą mieli co porządkować po mojej śmierci. Może wiekuistość pozwoli mi zrobić to samemu podczas powolnego odchodzenia.

 Sześćdziesiąt lat... Drugi raz tyle na pewno nie przeżyję. Może zostało mi 50, 40, 20 lat, a może jutro zamknę oczy. Największa sprawiedliwość polega na tym, że nikt nie zna swojej daty śmierci.

 Początek drogi

60 lat temu, 1 lutego około godziny 15:00, przyszedłem na świat. Krzyknąłem i byłem. Ten krzyk i moje pierwsze ruchy okryte są zasłoną niepamięci. Mama wspominała kiedyś, że gdy mnie zobaczyła, wszystkie bóle nagle minęły.

 W urodziny się wspomina. Opowiada. Moje pierwsze przebłyski pamięci, zatopione w mglistej atmosferze, to ulica Kielecka i mieszkanie na poddaszu – jedna izba, rodzice i ja. Pamiętam, jak spadłem ze schodów, jak oparzyłem się fajerką i jak pewnej nocy potwornie bolał mnie brzuch. Pamiętam nasz pierwszy telewizor, mały model Neptun, który służył nam przez wiele lat.

 Pamiętam też długą drogę do przedszkola, a zwłaszcza zimowe przeprawy przez zamarznięty staw i rzekę. Dziś takie wydarzenia wydają się nie do pomyślenia. Wciąż czuję ten zimny wiatr na policzkach, gdy w ciemnościach szedłem w stronę ulicy Nadrzecznej, otulony w ciepłe palto, gruby szalik i wełnianą czapkę.

 Punkty zwrotne

Dziennikarka Katarzyna Kubisiowska często pyta swoich rozmówców o punkty zwrotne. Zadałem to pytanie samemu sobie, by poczuć te 60 lat spacerowania po ziemskim globie – w słońcu i deszczu, z uśmiechem i łzami, które o dziwo bywały czasem słodkie.

 I. Alkohol i choroba Koniec jesieni 1982 roku, 19 grudnia. Śnieg był już trwały, taki, co dotrwa do wiosny. To był dzień św. Dariusza. Po południu nastąpiła „inicjacja” – pierwszy raz upiłem się winem, popularnym „patykiem pisanym”. Od tego dnia piłem przez wiele lat. Alkohol stał się drogowskazem, przyjacielem, kochanką i wyrocznią. Z czasem zachorowałem na alkoholizm.

 II. Małżeństwo i rodzina Kobiety to temat rzeka w moim życiu; płeć przeciwna zawsze mnie ratowała. Koleżanka z przedszkola wiązała mi ciapy, Iwona w podstawówce uczyła ogłady przy stole, a dwie Jole pomagały wchodzić w dorosłość. W końcu przyszedł czas na żonę, Iwonę. Dwie zagubione osoby zapragnęły być razem. Mamy dwoje wspaniałych dzieci, ale moim pijaństwem zniszczyłem wszystko.

 III. Nowe życie 1 lipca 2011 roku. Piękny letni dzień. Pojechałem na „Michałów” i zapukałem do drzwi terapeutki, pani Ani. Zacząłem proces leczenia – długi, z remisjami. Od tego dnia często się przedstawiam: „Mam na imię Robert, jestem alkoholikiem”. Teraz trwam w trzeźwości ponad osiem lat. 15 października 2017 roku to data moich nowych urodzin.

 Wieś

Wieś to zupełnie osobny rozdział w moim życiu. Babcia, mieszkająca w  odległej, położonej na uboczu Wólce Modrzejowej, była moim pierwszym drogowskazem. To tam chłonąłem wiejską atmosferę, którą później starałem się ubrać w słowa w swoich opowiadaniach. Pamiętam smaki, które wracają do mnie przed zaśnięciem: zsiadłe mleko z ziemniakami okraszone słoniną, parujące bulwy w misce i barszcz, który kiedyś jadało się nawet na śniadanie. Chleb maczany  w wodzie lub śmietanie posypany cukrem.

 Dzieci

Zawsze chciałem mieć dzieci i wychować je świadomie. To był jeden z moich najważniejszych celów. Niestety, choroba alkoholowa odebrała mi rozum. Pogubiłem się, a moi najbliżsi stracili do mnie zaufanie. Choć wiele spraw po drodze zniszczyłem, chcę, żeby wybrzmiało to jedno: kocham Was. Więcej słów w tym miejscu nie trzeba.

Obecnie

Pomimo zła, które rozsiewałem, nie jestem sam. Moją ostają, jest Agnieszka i jej córka.

Natura, książki i muzyka

Od zawsze ciągnęło mnie w nieznane. Jako dziecko odkryłem piękno włóczęgi. Samotnie penetrowałem lasy, łąki i brzegi rzeki Kamiennej. Dziś słońce jest już po zachodniej stronie, ale nadal mocno grzeje, a ja wciąż kocham czytać i wędrować wśród natury.

 Literatura to mój kolejny punkt zwrotny. Od serii „Poczytaj mi mamo”, przez szkolną bibliotekę, aż po dorosłość, gdzie książki dawały mi spokój i bezpieczeństwo. Odkrywałem Różewicza, Stachurę, Hłaskę, a później z euforią Myśliwskiego i Jaworskiego.

 Muzyka towarzyszyła mi od zawsze – od trzeszczącego radia w domu po pasję nagrywania na magnetofon. Przeszedłem drogę od popu, przez Kombi i Maanam, aż po rocka i punk rocka, który jest ze mną do dziś. Tylko disco polo nie potrafię zrozumieć.

 Tu i teraz

Wszedłem na najwyższy punkt Starachowic – kopalnianą hałdę. Spojrzałem na zieloną przestrzeń naszego grodu. Początek i koniec. Wodzę oczami wspomnień po milionach obrazów. Pierwsza praca na „zakładach drzewnych”, dzielnica Bugaj z melinami, fabryka samochodów – żywicielka, wieża ciśnień, pierwsze starachowickie wieżowce na ul. Zakładowej. To były miejsca gonitw, zabaw i poszukiwania tuneli do Szkoły Podstawowej nr 1.

 Kiedyś chciałem być leśnikiem, archeologiem, historykiem czy filologiem. Teraz po prostu chcę być sobą. Moją radością jest pisanie. Czy mogłem sprawić sobie lepszy prezent?

 P.S. Nie lubię składać życzeń ani ich przyjmować. Lubię czyn. Działaniem chcę składać życzenia i działaniem chcę je otrzymywać. Staram się być gotowy do pomocy, udzielać jej i po prostu być z ludźmi. Uczę się przepraszać. Są osoby, które były blisko mnie, a których jeszcze w pełni nie przeprosiłem. Może proces przepraszania nigdy się nie zakończy.

Pisząc ten tekst kolejny raz, zapewne wspomniałbym o innych punktach zwrotnych. Kocham Was i cieszę się, że jesteście ze mną. Tych, których nie ma obok, przepraszam słowem. Dobry Bóg może pozwoli mi jeszcze czynem uczynić zadośćuczynienie.

Polecane

Jeszcze chwilę

    Jeszcze chwilę   – Porozmawiajmy… – wyszeptała. Podciągnęła nogi, objęła je dłońmi i schowała twarz między kolanami, jakby chcia...