Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opinie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opinie. Pokaż wszystkie posty

Dziś są moje urodziny

 



Postanowiłem sam sobie wręczyć prezent na 60. urodziny. Pisanie było dla mnie ważne od dziecka. Jestem grafomanem od zawsze – taka już moja natura. Niestety, grafomaństwo jest nieuleczalne; z tą przypadłością trzeba po prostu nauczyć się żyć. Przez większość czasu pisałem „do szuflady”, która dziś pęka w szwach od moich bazgrołów, momentami trudnych do odczytania. Będą mieli co porządkować po mojej śmierci. Może wiekuistość pozwoli mi zrobić to samemu podczas powolnego odchodzenia.

 Sześćdziesiąt lat... Drugi raz tyle na pewno nie przeżyję. Może zostało mi 50, 40, 20 lat, a może jutro zamknę oczy. Największa sprawiedliwość polega na tym, że nikt nie zna swojej daty śmierci.

 Początek drogi

60 lat temu, 1 lutego około godziny 15:00, przyszedłem na świat. Krzyknąłem i byłem. Ten krzyk i moje pierwsze ruchy okryte są zasłoną niepamięci. Mama wspominała kiedyś, że gdy mnie zobaczyła, wszystkie bóle nagle minęły.

 W urodziny się wspomina. Opowiada. Moje pierwsze przebłyski pamięci, zatopione w mglistej atmosferze, to ulica Kielecka i mieszkanie na poddaszu – jedna izba, rodzice i ja. Pamiętam, jak spadłem ze schodów, jak oparzyłem się fajerką i jak pewnej nocy potwornie bolał mnie brzuch. Pamiętam nasz pierwszy telewizor, mały model Neptun, który służył nam przez wiele lat.

 Pamiętam też długą drogę do przedszkola, a zwłaszcza zimowe przeprawy przez zamarznięty staw i rzekę. Dziś takie wydarzenia wydają się nie do pomyślenia. Wciąż czuję ten zimny wiatr na policzkach, gdy w ciemnościach szedłem w stronę ulicy Nadrzecznej, otulony w ciepłe palto, gruby szalik i wełnianą czapkę.

 Punkty zwrotne

Dziennikarka Katarzyna Kubisiowska często pyta swoich rozmówców o punkty zwrotne. Zadałem to pytanie samemu sobie, by poczuć te 60 lat spacerowania po ziemskim globie – w słońcu i deszczu, z uśmiechem i łzami, które o dziwo bywały czasem słodkie.

 I. Alkohol i choroba Koniec jesieni 1982 roku, 19 grudnia. Śnieg był już trwały, taki, co dotrwa do wiosny. To był dzień św. Dariusza. Po południu nastąpiła „inicjacja” – pierwszy raz upiłem się winem, popularnym „patykiem pisanym”. Od tego dnia piłem przez wiele lat. Alkohol stał się drogowskazem, przyjacielem, kochanką i wyrocznią. Z czasem zachorowałem na alkoholizm.

 II. Małżeństwo i rodzina Kobiety to temat rzeka w moim życiu; płeć przeciwna zawsze mnie ratowała. Koleżanka z przedszkola wiązała mi ciapy, Iwona w podstawówce uczyła ogłady przy stole, a dwie Jole pomagały wchodzić w dorosłość. W końcu przyszedł czas na żonę, Iwonę. Dwie zagubione osoby zapragnęły być razem. Mamy dwoje wspaniałych dzieci, ale moim pijaństwem zniszczyłem wszystko.

 III. Nowe życie 1 lipca 2011 roku. Piękny letni dzień. Pojechałem na „Michałów” i zapukałem do drzwi terapeutki, pani Ani. Zacząłem proces leczenia – długi, z remisjami. Od tego dnia często się przedstawiam: „Mam na imię Robert, jestem alkoholikiem”. Teraz trwam w trzeźwości ponad osiem lat. 15 października 2017 roku to data moich nowych urodzin.

 Wieś

Wieś to zupełnie osobny rozdział w moim życiu. Babcia, mieszkająca w  odległej, położonej na uboczu Wólce Modrzejowej, była moim pierwszym drogowskazem. To tam chłonąłem wiejską atmosferę, którą później starałem się ubrać w słowa w swoich opowiadaniach. Pamiętam smaki, które wracają do mnie przed zaśnięciem: zsiadłe mleko z ziemniakami okraszone słoniną, parujące bulwy w misce i barszcz, który kiedyś jadało się nawet na śniadanie. Chleb maczany  w wodzie lub śmietanie posypany cukrem.

 Dzieci

Zawsze chciałem mieć dzieci i wychować je świadomie. To był jeden z moich najważniejszych celów. Niestety, choroba alkoholowa odebrała mi rozum. Pogubiłem się, a moi najbliżsi stracili do mnie zaufanie. Choć wiele spraw po drodze zniszczyłem, chcę, żeby wybrzmiało to jedno: kocham Was. Więcej słów w tym miejscu nie trzeba.

Obecnie

Pomimo zła, które rozsiewałem, nie jestem sam. Moją ostają, jest Agnieszka i jej córka.

Natura, książki i muzyka

Od zawsze ciągnęło mnie w nieznane. Jako dziecko odkryłem piękno włóczęgi. Samotnie penetrowałem lasy, łąki i brzegi rzeki Kamiennej. Dziś słońce jest już po zachodniej stronie, ale nadal mocno grzeje, a ja wciąż kocham czytać i wędrować wśród natury.

 Literatura to mój kolejny punkt zwrotny. Od serii „Poczytaj mi mamo”, przez szkolną bibliotekę, aż po dorosłość, gdzie książki dawały mi spokój i bezpieczeństwo. Odkrywałem Różewicza, Stachurę, Hłaskę, a później z euforią Myśliwskiego i Jaworskiego.

 Muzyka towarzyszyła mi od zawsze – od trzeszczącego radia w domu po pasję nagrywania na magnetofon. Przeszedłem drogę od popu, przez Kombi i Maanam, aż po rocka i punk rocka, który jest ze mną do dziś. Tylko disco polo nie potrafię zrozumieć.

 Tu i teraz

Wszedłem na najwyższy punkt Starachowic – kopalnianą hałdę. Spojrzałem na zieloną przestrzeń naszego grodu. Początek i koniec. Wodzę oczami wspomnień po milionach obrazów. Pierwsza praca na „zakładach drzewnych”, dzielnica Bugaj z melinami, fabryka samochodów – żywicielka, wieża ciśnień, pierwsze starachowickie wieżowce na ul. Zakładowej. To były miejsca gonitw, zabaw i poszukiwania tuneli do Szkoły Podstawowej nr 1.

 Kiedyś chciałem być leśnikiem, archeologiem, historykiem czy filologiem. Teraz po prostu chcę być sobą. Moją radością jest pisanie. Czy mogłem sprawić sobie lepszy prezent?

 P.S. Nie lubię składać życzeń ani ich przyjmować. Lubię czyn. Działaniem chcę składać życzenia i działaniem chcę je otrzymywać. Staram się być gotowy do pomocy, udzielać jej i po prostu być z ludźmi. Uczę się przepraszać. Są osoby, które były blisko mnie, a których jeszcze w pełni nie przeprosiłem. Może proces przepraszania nigdy się nie zakończy.

Pisząc ten tekst kolejny raz, zapewne wspomniałbym o innych punktach zwrotnych. Kocham Was i cieszę się, że jesteście ze mną. Tych, których nie ma obok, przepraszam słowem. Dobry Bóg może pozwoli mi jeszcze czynem uczynić zadośćuczynienie.

Koniunkturalizm czy realna siła? Marek Materek, Nowa Polska i polityczna walka o kadencyjność

     

 


    W polskiej polityce znów dochodzi do ostrych przepychanek. Głównym tematem spornym staje się planowana zmiana ustawy o kadencyjności we władzach samorządowych. Prezydenci miast, burmistrzowie i wójtowie, obawiając się utraty możliwości startowania w kolejnych wyborach lokalnych z uwagi na ograniczenie sprawowania władzy do dwóch kadencji, podjęli decyzję o utworzeniu partii politycznej.

    Liderem tego ruchu samorządowców jest senator i były prezydent Nowej Soli – Wadim Tyszkiewicz. Moim zdaniem, partia Nowa Polska ma szansę stać się czołowym lobbystą w sprawie zmiany ustawy o kadencyjności.

    Do Nowej Polski przystąpił również prezydent Starachowic, Marek Materek. Należy pamiętać, że w poprzednich wyborach parlamentarnych poniósł on polityczną porażkę. Wcześniej powołał już partię, w której był liderem, lecz po przegranej natychmiast ją opuścił. Widzę tu wyraźne znamiona koniunkturalizmu. Z obecną formacją może być podobnie. Jeżeli tylko obóz rządzący zdecyduje się na wycofanie zmian w ustawie, Nowa Polska może szybko przekształcić się w "kanapową" grupę dyskusyjną.

    Prezydent Polski (Karol Nawrocki), jako reprezentant obozu, który przegłosował ograniczenie kadencyjności, formalnie broni tej ustawy. Jeśli jednak jakimś cudem nowy twór samorządowców zacznie osiągać dobre wyniki w sondażach, prezydent może zmienić swoje zdanie. Ideologicznie Nowej Polsce bliżej jest do Koalicji Obywatelskiej (KO) niż do Prawa i Sprawiedliwości (PiS). O programie ugrupowania nie można powiedzieć wiele konkretnego; dominują slogany, które powielają wszystkie pozostałe partie.

    Dla Polskiego Stronnictwa Ludowego (PSL), które ma ogromne problemy i balansuje na progu wyborczym, zaistnienie w przestrzeni politycznej Nowej Polski może stanowić szansę. Ludowcy mogą spróbować stworzyć koalicję z samorządowcami, aby poprawić swoje notowania.


    Uważam, że w Polsce jest miejsce na maksymalnie trzy, góra cztery partie. Mamy dwa ugrupowania przodujące, a potrzebne są jeszcze silne skrzydła skrajnej prawicy i lewicy. Partia centrowa w obecnej, zaognionej polityce ma marne szanse na utrzymanie się na scenie. Jedynie historyczne PSL może nadal bronić opcji centrowej.

    Senator Wadim Tyszkiewicz powiedział w wywiadzie dla Onetu:

    „Pytają mnie często, czym my się różnimy od partii Kukiza, Palikota, Petru, Hołowni czy Biedronia. Różnimy się tym, że mamy gigantyczny fundament, z którego startujemy. Ludzie, którzy budują Nową Polskę, to są ludzie o ogromnym doświadczeniu w biznesie, w samorządzie. My startujemy z tym ogromnym doświadczeniem, to jest nasz fundament. A często te partie, które wymieniłem, startowały od lidera, czyli lider bez struktur i dopiero tworzony był program. U nas jest dokładnie odwrotnie” – zaznaczył.

    Nie zgadzam się z tą opinią senatora. Nowa Polska jest partią lokalnych liderów z wieloletnim doświadczeniem. Pytanie brzmi, czy takie silne indywidualności będą umieć podporządkować się nowemu przywództwu. Nie wierzę w zapewnienia, że partii niepotrzebny jest wódz – nie w polskim wydaniu politycznym. W konsekwencji ci lokalni liderzy będą dbać przede wszystkim o swoje środowiska wyborcze, a wspólne działania w partii będą traktować po macoszemu. Ostatecznym sukcesem Nowej Polski może być jedynie chwilowe zaistnienie na scenie politycznej, a następnie wchłonięcie przez większą partię – prawdopodobnie Koalicję Obywatelską lub PSL, choć Marek Materek ma już drogę do tych środowisk zamkniętą.


    Osobiście jestem zwolennikiem kadencyjności na wszystkich stanowiskach wybieranych w wyborach powszechnych – zarówno na poziomie centralnym, jak i lokalnym. Konieczne jest również wykluczenie polityków z zasiadania w radach nadzorczych. Z czasem kadencyjność powinna zostać rozszerzona o Sejm.

    Senat powinien stać się Izbą, w której zasiadaliby byli prezydenci RP, byli premierzy, prezesi NIK i Narodowego Banku Polskiego. Nadszedł też czas na przeszacowanie okręgów wyborczych. W niektórych regionach powinno się zmniejszyć liczbę mandatów i przenieść je do okręgów z niedostateczną reprezentacją. Wielkie aglomeracje powinny zyskać dodatkowe miejsca kosztem ośrodków małomiasteczkowych i wiejskich.

    Marek Materek jest znakomitym politykiem w wydaniu lokalnym. Niestety, widać już u niego „zmęczenie materiału”. Dlatego Starachowicom przydałaby się zmiana na stanowisku prezydenta. Z drugiej strony, w mieście nad Kamienną brakuje obecnie polityka, który miałby wystarczające umiejętności i autorytet, aby powierzyć mu władzę. Czy jesteśmy skazani na Marka Materka?

 

Wiejskie Festyny Bez Duszy i Dumy

 



 

    Stałem niedawno na festynie wiejskim i poczułem zgorzknienie.
Zamiast tradycyjnego świętowania, wokół mnie roiło się od tandetnych atrakcji, które nie miały nic wspólnego z naszą historią i kulturą. Spodziewałem się zapachu świeżo pieczonego chleba, dźwięku akordeonu i szczerych uśmiechów mieszkańców dumnych ze swojego dziedzictwa. Znalazłem natomiast dmuchane zjeżdżalnie, kolorowe proszki (do obsypywania przez dzieci) i nadętych polityków pozujących do zdjęć.

    Zastanowiłem się wtedy: czy naprawdę wstydzimy się swojego pochodzenia?
Wszak 90% społeczeństwa polskiego ma korzenie wiejskie, sięgające chłopa pańszczyźnianego mieszkającego w kurnej chacie. My, obywatele Polski, nie jesteśmy z urodzenia szlachtą.

    Zauważyłem, że na takich festynach coraz rzadziej promuje się lokalną twórczość. Na scenie nie usłyszę już starodawnych pieśni, a żaden regionalny zespół nie zostaje zaproszony. Nie zobaczę wystawy malarstwa ani stoiska z lokalną literaturą – zamiast tego płynie muzyka pop i disco polo, a nad wszystkim unosi się sztuczny blask „gwiazd” estrady. Brakuje opowieści o naszej okolicy, a wszystkie atrakcje są tak zunifikowane, że równie dobrze mogłyby się odbywać w każdym innym miasteczku.

    Ze smutkiem patrzę na stragany Kół Gospodyń Wiejskich. Panie występują w strojach ludowych, co sugeruje autentyczność, ale zawartość ich koszy często bywa powierzchowna. Zamiast tradycyjnych potraw – pierogów, ciast drożdżowych, żuru czy słodkich placków z przepisów przekazywanych z pokolenia na pokolenie – dostaję drożdżówkę z marketu i nijaką kiełbasę. Oczywiście jest smalec i chleb z pobliskiej piekarni, ale to wszystko. Przykro pomyśleć, że nasi przodkowie walczyli o przetrwanie, a my dziś zakładamy ludowe stroje, oferując produkty, które każdy może kupić w supermarkecie.

    Oburza mnie też rola lokalnych władz i instytucji kultury. Dla nich festyn to przede wszystkim okazja do autopromocji – radni ustawiają się do zdjęć, a dyrektorzy domów kultury dbają bardziej o reklamę niż o pielęgnowanie tradycji. Na scenie dominują artystyczne przeróbki z dużych miast, a opowieści o lokalnej historii znikają gdzieś w kącie. Zamiast budować tożsamość regionu, festyn zmienia się w jarmark rozrywki, który tylko udaje święto kultury ludowej.

    Szczególny żal budzi we mnie widok stoiska z alkoholem. Już od południa czuć zapach taniego piwa i domowego bimbru, a wieczór nierzadko kończy się pijackim spektaklem. Zamiast dobrej zabawy zostaje kac i rozczarowanie. Naprawdę nie rozumiem, dlaczego tyle wiejskich imprez musi ostatecznie przeradzać się w noc niepohamowanego pijaństwa – przecież nic dobrego z tego nie wynika.

    Nie brakuje też tzw. atrakcji, które – moim zdaniem – nie mają nic wspólnego z kulturą. Dzieci skaczą na dmuchanych zamkach i obrzucają się kolorowym proszkiem, jak na festiwalu Holi, ale niczego wartościowego z tego nie wyniosą. Gdzie są warsztaty garncarstwa, stoiska z rzeźbami czy malowidłami inspirowanymi naszym regionem? Obawiam się, że tania zabawa zastępuje wartościowe doświadczenia, a zamiast lekcji tradycji zostaje tylko plastik i wielobarwna papka na ubraniach. Stragany oferują plastikowe zabawki sprowadzane z Chin – bezmyślna tandeta w miejsce rękodzieła.

    Pisząc te słowa, odczuwam mieszankę żalu i nadziei. Warto pielęgnować przeszłość tej ziemi, nie wstydzić się jej. Czy naprawdę mamy wstydzić się korzeni, z których wyrośliśmy? Może właśnie nadszedł czas, by spojrzeć w oczy naszym tradycjom i odzyskać ich prawdziwy smak. Wolałbym, by zapamiętano mnie jako tego, który krzyczał, że w byciu sobą i w dumie z pochodzenia nie ma nic wstydliwego – niż jako tego, który milczał, gdy piękne dziedzictwo sprzedawano dla chwilowej rozrywki.

    Na koniec odniosę się do Starachowic – mojego rodzinnego miasta.
    Animatorzy kultury w Starachowicach znakomicie wywiązują się ze swoich zadań. Nie idą na łatwiznę – wydarzenia kulturalne, które odbywają się latem, mają swój klimat i sens. Możemy oglądać twórców miejskich – od dzieci po seniorów. Zapraszani goście prezentują twórczość, która nie jest banalna ani przewidywalna.

    Perłami w koronie lokalnych wydarzeń są Blues pod Piecem, Noce Teatralne i Dni Starachowic – imprezy, które przy większej promocji mogłyby zyskać rozgłos nawet w skali ogólnopolskiej.

    Mam tylko jeden zgrzyt – podczas koncertów, zarówno w muzeum, jak i pod sceną podczas Dni Starachowic, można kupić alkohol. Wiem, że to się nie zmieni… ale swoje zdanie i tak napiszę.

Polecane

Dziś są moje urodziny

  Postanowiłem sam sobie wręczyć prezent na 60. urodziny. Pisanie było dla mnie ważne od dziecka. Jestem grafomanem od zawsze – taka już...