"Ruda" – recenzja spektaklu Teatru Telewizji o Małgorzacie Sarzyńskiej

 


    Ruda”, spektakl Teatru Telewizji w reżyserii Wawrzyńca Kostrzewy, opowiadający o malarce Małgorzacie Sarzyńskiej, to prawdziwa bomba. To znakomite dzieło, które zawitało na srebrnym ekranie. Sztuka tworzona i przemyślana przez lata, jest znakomicie zagrana.

    „Ruda” to spektakl, który pozwala widzowi wejść do świata malarzy i artystów często niezrozumianych przez społeczeństwo. Również ja nie rozumiem sposobu myślenia artystów i ich spojrzenia na świat.

    Oglądając i poznając życie artystki, uczucia, jakie mi towarzyszyły, były cały czas na najwyższych obrotach. Oto świat dla mnie niedostępny, oddalony i niezrozumiały, stanął przede mną otworem. Stojąc w szerokich drzwiach, śledziłem życie artystki, jej kolory i wizje, widziane tylko przez nią. Widzę siebie pośród ludzi, którzy chcą – „Chcą, by została na dole”. Wsłuchuję się w kwestię – „Zadawać sobie pytanie i odpowiadać autoportretem”. Ileż w tej malarce jest determinacji, by opowiedzieć o sobie obrazem, poprzez wiwisekcję. Dowiaduję się, iż artysta musi być bezkompromisowy. Powoduje to cierpienie – jej, jak i jej najbliższych. Małgorzata Sarzyńska idzie przed siebie, nie bacząc na niezgodę. Chce żyć na swoich zasadach, bez drobnomieszczańskich reguł. Relacje z bliskimi to ciągły konflikt i niezrozumienie.

    Spektakl jest znakomicie zrealizowany, ze świetną grą aktorską, w szczególności Olgi Sarzyńskiej i Agaty Kuleszy. Symboliczna scena ślubu malarki oddaje klimat tamtych lat. Czy tylko tamtych? Muzyka skomponowana przez Piotra Łabonarskiego wypełnia przestrzeń sztuki, a jej klimat dopełnia wypowiedzi artystki i obrazy.

    No cóż, może kiedyś przestanę stąpać robotniczymi nogami po tym świecie i zrozumiem, a nawet pokocham artystów.

„Pętla” – film o czekaniu, cierpieniu i nadziei

 

 

 



    Piętnastego października przypadła ósma rocznica moich prawdziwych urodzin – tych świadomych. Jak co roku chciałem podarować sobie z tej okazji prezent. Tym razem wybór padł na film – niemal siedemdziesięcioletni obraz wyreżyserowany przez Jerzego Hasa, oparty na prozie Marka Hłaski, zatytułowany „Pętla”.
Osobom, które mnie znają, nie muszę tłumaczyć, dlaczego właśnie ten film.

    Motyw choroby alkoholowej pojawia się w wielu filmach, książkach, wierszach i piosenkach, lecz tak prawdziwie i boleśnie oddali jej istotę tylko Marek Hłasko i Jerzy Pilch. „Pętla” to film o czekaniu. Kuba (w tej roli Gustaw Holoubek) przez osiem godzin oczekuje na Krystynę (Aleksandra Śląska), by wspólnie udać się na leczenie.
Alkoholik zawsze czeka – od kieliszka do kieliszka, od kaca do kaca, od wyrzutów sumienia po kolejne kłamstwo, kradzież, upadek. Czekanie to jego codzienność.

    Alkoholik cierpi. Wiem, jak bardzo. Znam to cierpienie.
Autorzy z precyzją aptekarza pokazali kolejne fazy tej choroby. Kuba, nie mogąc dłużej wytrzymać w mieszkaniu, wychodzi na miasto – szare, brudne, nijakie. Alkoholik widzi świat wyłącznie w odcieniach szarości. Zachwyt nad pięknem nie jest mu dany. Szuka, węszy, kombinuje, kradnie – byle tylko zdobyć na alkohol. Krajobrazy, dźwięki natury, gwar miasta, uśmiech przechodnia – to wszystko jest poza jego zasięgiem. Gdyby mógł, z błota wydestylowałby spirytus.

    Krystyna, kobieta próbująca pomóc Kubie, symbolizuje wszystkie żony, matki, narzeczone, partnerki i córki, które trwają przy alkoholiku. One zawsze ponoszą porażkę. Czasem mężczyzna sięga po pomoc, podejmuje leczenie, trwa w abstynencji – ale to nie oznacza, że od razu staje się dobrym mężem, synem, ojcem czy kochankiem.
Bez tych kobiet pijak jednak nie podniesie się. Alkoholik potrzebuje miłości – jedynej siły, która może go uratować.

    Polska jest krajem trawionym przez chorobę alkoholową. W niemal każdej rodzinie jest ktoś, kto pije. To moment, by wreszcie się nad tym zastanowić – i spróbować to zmienić.

    „Pętla” to arcydzieło – filmowe, literackie, emocjonalne. W obrazie, dialogach, muzyce – wszystko tu jest przemyślane i prawdziwe. Każda scena oddaje istotę problemu, którym się zajmuje.
Gustaw Holoubek w roli Kuby jest niezwykły – jednym wyrazem twarzy potrafi przekazać stan ducha człowieka zniszczonego przez alkohol.

Nocna prohibicja w Starachowicach – krok w dobrą stronę czy półśrodek?



    Jesienny spacer. Słońce promieniuje delikatnie, a wiatr muska policzki. Jest poetycko, choć moje myśli biegną w stronę miejsc, o których śpiewał Lech Janerka – „wystrzegaj się tych miejsc”.

    Nogi mnie tam prowadzą. Odwiedzam starą część Starachowic: odnawiane budynki, przedwojenne kamienice. Obecnie wyglądają pięknie, choć w niewielkiej odległości są miejsca, które pamiętają pijacką przeszłość tej dzielnicy, położonej na wzgórzu doliny Kamiennej. W rejonie ulic Widok, Robotnicza, Zakładowa kiedyś było bez liku tzw. „met” i „melin” – miejsc, gdzie można było kupić nielegalny alkohol i spożyć go o każdej porze. Bywałem tu. Czas to miniony, okryty zasłoną.

    Obecnie w mediach toczy się dyskusja o decyzji Rady Miejskiej zakazującej sprzedaży alkoholu w porze nocnej. Przyjrzyjmy się tej decyzji.

Lokalna decyzja, ogólnopolski kontekst

    Rada Miejska w Starachowicach zdecydowała się na wprowadzenie nocnej prohibicji. Za kilka dni, między godziną 22:00 a 6:00, sklepy i stacje benzynowe nie sprzedadzą alkoholu „na wynos”. Decyzja ta ma poprawić bezpieczeństwo i porządek publiczny, co widać po przykładach z innych miast, takich jak Kraków czy Szczecin, gdzie liczba nocnych interwencji policji spadła nawet o kilkadziesiąt procent.

    To bez wątpienia ważny krok – mieszkańcy czują się bezpieczniej, a straż miejska i policja mają mniej pracy. Z drugiej strony pojawia się pytanie: czy samo ograniczenie sprzedaży alkoholu wystarczy, aby rozwiązać głębszy problem?

Problem „melin” i dostępności

    Czy wrócą ówczesne „meliny” do krajobrazu miejskiego? One nadal istnieją i będą istnieć. Zapewniam, że nie trafią tam osoby, które nie nadużywają alkoholu. Zdrowi Starachowiczanie, niepogrążeni w chorobie alkoholowej, nawet nie pomyślą o odwiedzeniu ciemnych zaułków, ruder czy domów z powybijanymi oknami. Chorzy będą szukać aż do skutku.

Plusy i minusy lokalnych zakazów

    Zaletą nocnej prohibicji jest mniejsza liczba zakłóceń porządku i realny spadek interwencji. Jednak skutki gospodarcze ponoszą lokalni przedsiębiorcy – szczególnie małe sklepy, które tracą część nocnych klientów. To pokazuje, że problem jest bardziej złożony niż sama dostępność alkoholu w nocy. W Starachowicach niemal nie ma sklepów, które żyły z nocnej sprzedaży – tę funkcję przejęły stacje benzynowe, których głównym zadaniem jest sprzedaż paliwa. Mogą poszerzyć swój asortyment o leki bez recepty czy świeże pieczywo.

Potrzeba zmiany kultury picia

    Nocne zakazy nie odpowiadają na najważniejsze pytanie: dlaczego w Polsce pijemy w taki sposób i w takich ilościach? Statystyki dotyczące spożycia alkoholu nie pozostawiają złudzeń – Polska jest w czołówce krajów europejskich, jeśli chodzi o roczne spożycie czystego alkoholu na mieszkańca. Problemy z uzależnieniem dotykają setek tysięcy osób, a ich skutki odczuwają całe rodziny.

    Spacerując, widzę porzucane małe opakowania po alkoholu – i tu dostrzegam potrzebę zmian ogólnopolskich. Alkohol powinien być sprzedawany w dużych opakowaniach o pojemności minimum 0,7 litra.

    Drogi Czytelniku, czy wiesz, ile „małpek” jest sprzedawanych w Polsce o poranku? Szacuje się, że około miliona. To polscy robotnicy, kierownicy, nauczyciele, urzędnicy, menadżerowie ruszają do swych zajęć zawodowych, odwiedzają sklep, aby zaopatrzyć w małą porcję alkoholu. Ten nawyk kulturowy trzeba zmienić. Spożywamy alkohol w każdej postaci i w każdej sytuacji. Uczymy dzieci picia alkoholu od małego, oferując im na uroczystościach tzw. szampany bezalkoholowe jako atrybut radości i ważności. Spotkania towarzyskie niezmiernie często kończą się upiciem. Wypicie lampki wina czy niewielkiej dawki wódki nie jest dobrze widziane.

    To będzie trwać wiele lat. W krajach skandynawskich zmiana zadziałała po długim okresie – obecnie spożycie alkoholu drastycznie spadło, choć nadal sporo Szwedów i Norwegów boryka się z chorobą alkoholową.

Rozwiązania systemowe

    Nie można zapominać o ludziach, którzy już zmagają się z chorobą alkoholową. Leczenie uzależnienia w Polsce wciąż jest zbyt mało dostępne – brakuje specjalistów, miejsc w ośrodkach i wsparcia dla rodzin osób uzależnionych. Ogólnopolskie rozwiązanie powinno obejmować:

  • lepszy dostęp do terapii i programów leczenia,
  • kampanie edukacyjne skierowane do młodzieży i dorosłych,
  • zmiany w polityce zdrowotnej, które sprawią, że profilaktyka i leczenie uzależnień będą traktowane na równi z innymi chorobami cywilizacyjnymi.

    Powiatowa Poradnia Uzależnień w Starachowicach to za mało na problem alkoholizmu w naszym mieście. Alkohol powinien być zabroniony podczas imprez miejskich. Informacja o możliwości leczenia musi być szeroko dostępna. Tak na marginesie: nie ma rodziny, która nie miałaby w swoich szeregach alkoholika – jeśli nie w najbliższej, to już w kuzynostwie na pewno. Warto zadbać o swoją rodzinę. Jak? Każdy powinien się o tym dowiedzieć poprzez informacje miejskie, szkolne, zakładowe, w prasie lokalnej, portalach społecznościowych itp.

Podsumowanie

    Decyzja radnych w Starachowicach może poprawić jakość życia mieszkańców, ale nie rozwiąże problemu alkoholizmu w Polsce. Potrzebne są działania ponadlokalne – ogólnopolska kampania, zmiana świadomości społecznej i realne inwestycje w system leczenia.

    Nocna prohibicja to krok w dobrą stronę, ale jeśli zatrzymamy się tylko na tym etapie, będzie to jedynie półśrodek.

    Zdanie o ostatnich działaniach polityków zmierzających do wprowadzenia zakazu nocnej sprzedaży alkoholu w kraju — tak jak w ich miejscu pracy, czyli w Sejmie. To jedynie walka polityczna i straszenie lobbystów. Nie wierzę w szczerość waszych intencji. Również o intencjach Prezydenta Starachowic zapewne się nie dowiem, a w ich szczerość wierzę coraz mniej.

 

 


Polecane

Dziś są moje urodziny

  Postanowiłem sam sobie wręczyć prezent na 60. urodziny. Pisanie było dla mnie ważne od dziecka. Jestem grafomanem od zawsze – taka już...