„Ruda”, spektakl Teatru Telewizji w reżyserii Wawrzyńca Kostrzewy, opowiadający o malarce Małgorzacie Sarzyńskiej, to prawdziwa bomba. To znakomite dzieło, które zawitało na srebrnym ekranie. Sztuka tworzona i przemyślana przez lata, jest znakomicie zagrana.
„Ruda” to spektakl, który pozwala widzowi wejść do świata malarzy i artystów często niezrozumianych przez społeczeństwo. Również ja nie rozumiem sposobu myślenia artystów i ich spojrzenia na świat.
Oglądając i poznając życie artystki, uczucia, jakie mi towarzyszyły, były cały czas na najwyższych obrotach. Oto świat dla mnie niedostępny, oddalony i niezrozumiały, stanął przede mną otworem. Stojąc w szerokich drzwiach, śledziłem życie artystki, jej kolory i wizje, widziane tylko przez nią. Widzę siebie pośród ludzi, którzy chcą – „Chcą, by została na dole”. Wsłuchuję się w kwestię – „Zadawać sobie pytanie i odpowiadać autoportretem”. Ileż w tej malarce jest determinacji, by opowiedzieć o sobie obrazem, poprzez wiwisekcję. Dowiaduję się, iż artysta musi być bezkompromisowy. Powoduje to cierpienie – jej, jak i jej najbliższych. Małgorzata Sarzyńska idzie przed siebie, nie bacząc na niezgodę. Chce żyć na swoich zasadach, bez drobnomieszczańskich reguł. Relacje z bliskimi to ciągły konflikt i niezrozumienie.
Spektakl jest znakomicie zrealizowany, ze świetną grą aktorską, w szczególności Olgi Sarzyńskiej i Agaty Kuleszy. Symboliczna scena ślubu malarki oddaje klimat tamtych lat. Czy tylko tamtych? Muzyka skomponowana przez Piotra Łabonarskiego wypełnia przestrzeń sztuki, a jej klimat dopełnia wypowiedzi artystki i obrazy.
No cóż, może kiedyś przestanę stąpać robotniczymi nogami po tym świecie i zrozumiem, a nawet pokocham artystów.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz