Lubię słuchać ludzi. Nie tylko tego, co mówią, ale również tego, jak mówią. Czasami jedno słowo potrafi powiedzieć więcej niż cały wywód. Od jakiegoś czasu coraz częściej zwracam uwagę na słowo „ale”.
„Nic nie mam do Żydów, ale…”
„Nic nie mam do Ukraińców, ale…”
„Nic nie mam do lewicy, ale…”
„Nic nie mam do prawicy, ale…”
„Nic nie mam do księży, ale…”
„Szanuję ludzi wierzących, ale…”
„Szanuję niewierzących, ale…”
I wtedy zaczyna się właściwa część wypowiedzi. Bo mam czasami wrażenie, że pierwsza część zdania jest tylko kaskiem ochronnym. Ma nas zabezpieczyć przed tym, co za chwilę powiemy.
Nic nie mam do…
Naprawdę? To ciekawe, bo zazwyczaj chwilę później dowiaduję się, że jednak coś mamy. Nie zawsze oczywiście. „Ale” jest zwyczajnym, potrzebnym słowem. Bez niego trudno byłoby mówić o różnicach, zastrzeżeniach czy własnych wątpliwościach. Problem zaczyna się wtedy, kiedy „ale” staje się wytrychem. Takim małym językowym narzędziem, które pozwala otworzyć drzwi do miejsca, do którego sami nie chcielibyśmy się przyznać. Bo przecież łatwiej powiedzieć:
„Nic nie mam do Żydów, ale…”
niż:
„Mam pewien problem z Żydami”.
Łatwiej powiedzieć:
„Nic nie mam do Ukraińców, ale…”
niż:
„Nie lubię Ukraińców”.
Łatwiej powiedzieć:
„Nic nie mam do ludzi wierzących, ale…”
niż:
„Denerwuje mnie religia”.
To pierwsze brzmi niewinnie. To drugie już wymaga od nas odpowiedzialności za własne słowa. I chyba właśnie dlatego tak często wybieramy pierwszą wersję. Z „ale” spotykamy się nie tylko wtedy, kiedy rozmawiamy o narodowości, religii czy polityce.
„To naprawdę dobry człowiek, ale…”
„To świetny film, ale…”
„To bardzo dobry pomysł, ale…”
„Lubię go, ale…”
„Lubię ją, ale…”
Czasami wystarczy jedno „ale”, żeby wszystko, co powiedzieliśmy przed nim, nagle straciło znaczenie.
„Jesteś dobrym człowiekiem, ale…”
I człowiek, który przed chwilą usłyszał komplement, już nie czeka na dalszy ciąg z ciekawością. Wie, że za chwilę pojawi się rachunek. Może właśnie dlatego „ale” jest jednym z najbardziej interesujących słów w naszym codziennym języku.
Potrafi być niewinne. Potrafi być uczciwe. Ale potrafi również być zasłoną.
Zastanawiam się czasami, dlaczego tak bardzo potrzebujemy tych zasłon. Może dlatego, że chcemy dobrze o sobie myśleć. Nikt przecież nie chce być uprzedzony. Nikt nie chce być człowiekiem pełnym niechęci. Nikt nie chce przyznać, że ocenia kogoś tylko dlatego, że ten ktoś jest inny. Dlatego wymyśliliśmy sobie małe zabezpieczenia.
„Ja nie mam nic do… ale…”
To trochę tak, jakbyśmy mówili:
Nie jestem uprzedzony. Ja tylko przedstawię kilka argumentów, które dokładnie potwierdzą moje uprzedzenie.
I wtedy zaczyna się katalog.
Oni są tacy.
Oni zawsze robią to.
Oni nigdy nie robią tamtego.
Zawsze tacy sami.
Nigdy się nie zmienią.
A przecież „oni” prawie nigdy nie istnieją jako jedna grupa. Istnieją konkretni ludzie. Ten człowiek, którego spotkałem. Tamta kobieta, z którą rozmawiałem. Ktoś, kogo znam. Ktoś, kogo nie znam. A my bardzo lubimy zamieniać ludzi w grupy, bo grupę łatwiej ocenić niż człowieka. Najbardziej niepokojące jest chyba to, że język potrafi nas samych oszukiwać. Możemy powiedzieć coś bardzo nieprzyjemnego, a jednocześnie mieć poczucie, że powiedzieliśmy to kulturalnie.
Bo przecież zaczęliśmy od:
„Ja nic nie mam do…”
I to wystarcza, żeby sumienie poczuło się trochę lepiej. A może czasami warto zrobić coś prostszego. Zatrzymać się. Posłuchać własnego zdania.
I zapytać siebie:
Co naprawdę chciałem powiedzieć?
Czy rzeczywiście „nic nie mam do…”, czy jednak mam?
Czy mówię o konkretnym człowieku, czy o całej grupie?
Czy opisuję własne doświadczenie, czy powtarzam zasłyszany stereotyp?
Czy mam wiedzę, czy tylko opinię?
I najważniejsze:
Czy gdybym nie musiał się przed nikim tłumaczyć, powiedziałbym dokładnie to samo?
Nie chodzi mi o to, żebyśmy przestali używać słowa „ale”. Sam go używam. Chodzi mi o coś zupełnie innego. O odrobinę uczciwości wobec własnych słów.
Bo czasami warto powiedzieć:
„Nie wiem”.
Czasami:
„Nie znam się na tym”.
Czasami:
„Mam złe doświadczenie z jednym człowiekiem, ale nie powinienem przenosić go na wszystkich”.
A czasami po prostu:
„Nie lubię tego”.
Bez wielkich teorii.
Bez dorabiania ideologii.
Bez „nic nie mam do…, ale…”.
Bo może właśnie wtedy zaczynamy mówić naprawdę. Spaceruję po mieście i słucham ludzi. Rozmawiamy o polityce, religii, sąsiadach, obcych, o tych, których lubimy i o tych, których nie lubimy. I coraz częściej łapię się na tym, że czekam na jedno słowo.
„Ale”.
Kiedy się pojawia, zaczynam słuchać uważniej. Bo czasami dopiero po „ale” człowiek mówi to, co naprawdę myśli. A czasami właśnie wtedy warto zapytać:
„A gdybyśmy wyrzucili to pierwsze zdanie i zostawili samo to, co jest po „ale”? Co właściwie chciałeś powiedzieć?”
Może odpowiedź byłaby ciekawsza. A może trochę bardziej prawdziwa. I może właśnie od takiej małej językowej uczciwości zaczyna się coś większego.
Rozmowa bez zasłon.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz