Trzeźwość zaczyna się dużo wcześniej niż ostatni kieliszek

 



Długo nie pisałem o alkoholizmie. Może dlatego, że kiedy człowiek przez jakiś czas żyje spokojnie, zaczyna patrzeć na swoją przeszłość jak na miejsce, do którego niekoniecznie chce wracać. Ale ona przecież nigdzie nie zniknęła. Jest. Czasami tylko milczy.

Ostatnio zacząłem się zastanawiać nad czymś, na co chyba nie ma prostej odpowiedzi.

Dlaczego jedni przestają pić, a inni nie?

Nie pytam o to z pozycji człowieka, który znalazł receptę. Nie wiem, czy znalazłem. Nie wiem nawet, czym właściwie różnię się od człowieka, który dzisiaj znowu pije.

Przecież kiedyś byłem taki jak on.

Też wiedziałem, że mam problem.

I to jest chyba jedna z największych tajemnic uzależnienia. Człowiek bardzo często wie o swojej chorobie dużo wcześniej, zanim naprawdę zdecyduje się przestać pić.

Wie, że alkohol niszczy jego życie. Widzi coraz bardziej oddaloną rodzinę. Zaczyna tracić zaufanie ludzi. Ma kaca, wyrzuty sumienia, czasami problemy w pracy. Składa obietnice. Sobie i innym. Postanawia, że od jutra nie wypije.

A potem przychodzi jutro.

I okazuje się, że alkohol znowu jest ważniejszy.

Można więc wiedzieć i jednocześnie niczego nie zmieniać.

Można nawet bardzo cierpieć i nadal pić.

Można kochać swoich bliskich i ich ranić.

Można nienawidzić własnego picia i jednocześnie wieczorem sięgnąć po alkohol.

To wszystko potrafi zmieścić się w jednym człowieku.

Sam przez wiele lat próbowałem sobie tłumaczyć, że przecież jeszcze nie jest tak źle. Zawsze znajdował się ktoś, kto pił więcej. Kto stracił więcej. Kto wyglądał gorzej. Kto miał większe problemy.

To bardzo wygodna choroba. Zawsze można znaleźć kogoś, od kogo jesteśmy „lepsi”.

Aż w końcu człowiek przestaje porównywać się z innymi.

Zostaje sam ze sobą.

I chyba właśnie wtedy zaczyna się coś zmieniać.

Nie wiem, czy trzeźwienie zaczyna się w dniu, kiedy wypijemy ostatni kieliszek. Myślę, że zaczyna się dużo wcześniej. Może w tej pierwszej chwili, kiedy przestajemy oszukiwać samych siebie.

Kiedy człowiek mówi:

„To nie inni mają problem. To ja mam problem.”

To jeszcze nie musi oznaczać, że następnego dnia przestanie pić. Można tę prawdę przyjąć i nadal od niej uciekać.

Bo przestać pić oznacza przecież wejść w nieznane.

Alkohol przez lata był lekarstwem na smutek, samotność, lęk, złość, nudę. Był sposobem na świętowanie, odpoczynek, spotkanie z ludźmi. Czasami był jedynym znanym sposobem, żeby na chwilę nie czuć.

A potem ktoś mówi: „Od dzisiaj bez alkoholu”.

Tylko co dalej?

Co zrobić z wieczorem?

Co zrobić z samotnością?

Co zrobić ze złością?

Co zrobić z człowiekiem, którego widzimy rano w lustrze?

Może właśnie tego najbardziej się boimy. Nie tego, że nie wypijemy. Tylko tego, że bez alkoholu będziemy musieli spotkać samych siebie.

I tutaj dochodzę do pytania, które od jakiegoś czasu chodzi mi po głowie.

Dlaczego mnie się udało przestać, a komuś innemu jeszcze nie?

Nie jestem mądrzejszy. Nie byłem bardziej świadomy. Nie wiem, czy byłem silniejszy.

Przecież wielokrotnie przegrywałem ze swoim piciem.

Może więc nie chodzi o siłę.

Może przychodzi taki moment, kiedy człowiek jest po prostu gotowy. Kiedy strach przed dalszym życiem z alkoholem staje się większy niż strach przed życiem bez niego.

Ale nawet tego nie jestem pewien.

Bo znam ludzi, którzy stracili bardzo dużo i nadal piją. Znam też takich, którzy zatrzymali się, zanim stracili wszystko.

Nie ma jednej granicy.

Nie ma jednego dna.

Nie każdy musi stracić rodzinę, pracę, pieniądze i zdrowie, żeby powiedzieć „dość”. I całe szczęście. Bo być może największym mitem związanym z alkoholizmem jest przekonanie, że człowiek musi najpierw upaść na samo dno.

Nie musi.

Tylko że czasami długo nie potrafi uwierzyć, że ma prawo zatrzymać się wcześniej.

Dlatego coraz mniej podoba mi się słowo „dno”. Dno sugeruje, że trzeba dojść do miejsca, z którego nie ma już dokąd spaść.

A przecież można zatrzymać się wcześniej.

Można któregoś dnia powiedzieć: wystarczy.

Nie wiem, co ostatecznie zdecydowało w moim przypadku. Być może wiele rzeczy naraz. Zmęczenie. Strach. Ludzie, których spotkałem. Słowa, które usłyszałem. Doświadczenia, których nie chciałem już powtarzać. A może po prostu przyszedł ten moment, w którym przestałem wierzyć, że kolejny kieliszek cokolwiek naprawi.

I właśnie dlatego nie potrafię patrzeć na człowieka, który nadal pije, z poczuciem wyższości.

Bo kiedy patrzę na niego, czasami widzę siebie.

Człowieka, który wie.

Człowieka, który obiecuje.

Człowieka, który rano żałuje, a wieczorem robi dokładnie to samo.

Człowieka, który być może któregoś dnia także powie: „Mam dość”.

Tylko nie wiem, kiedy ten dzień nadejdzie.

I chyba nikt nie może tego wiedzieć za niego.

Dlatego dzisiaj, kiedy myślę o swoim niepiciu, nie myślę o nim jak o zwycięstwie nad alkoholem. Bardziej jak o pewnym wyborze, który codziennie ma swoją dalszą część.

Bo ostatni kieliszek był tylko końcem picia.

Trzeźwość zaczęła się dużo wcześniej. W chwili, kiedy po raz pierwszy przestałem uciekać przed prawdą o sobie.

I może właśnie to jest najtrudniejszy moment całej tej drogi.

Nie powiedzieć:

„Nie będę już pił”.

Tylko powiedzieć:

„Nie chcę już żyć tak jak dotąd”.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Polecane

Trzeźwość zaczyna się dużo wcześniej niż ostatni kieliszek

  Długo nie pisałem o alkoholizmie. Może dlatego, że kiedy człowiek przez jakiś czas żyje spokojnie, zaczyna patrzeć na swoją przeszłość...