Po obejrzeniu „Ostatniego dnia lata” Tadeusza Konwickiego trudno nie zadać
sobie pytania: co stało się z kinem, które potrafiło opowiadać o człowieku bez
krzyku, bez nadmiaru słów i bez nieustannej pogoni za uwagą widza?
Dzisiaj film często musi zachwycić od pierwszych sekund. Szybki montaż,
spektakularne zdjęcia, głośna muzyka, efekty specjalne, nieustanny ruch kamery.
Współczesna technika filmowa daje twórcom możliwości, o jakich dawni reżyserzy
mogli tylko marzyć. Obraz może być perfekcyjny, dźwięk niemal doskonały, a
świat przedstawiony niezwykle realistyczny. A jednak coraz częściej pojawia się
pytanie: ile z tych obrazów zostaje z nami na dłużej?
„Ostatni dzień lata” powstał w 1958 roku. To film zrealizowany niemal
ascetycznymi środkami. Dwoje aktorów, jedna lokalizacja, kamera skierowana na
pustą plażę, morze i dwoje ludzi próbujących odnaleźć drogę do siebie. Nie ma
tu widowiska. Jest człowiek.
Konwicki udowodnił, że najważniejsze emocje nie potrzebują wielkich gestów.
Samotność można pokazać spojrzeniem. Niepewność — milczeniem. Pragnienie
bliskości — chwilą zawahania się, gdy ktoś chce coś powiedzieć, ale brakuje mu
odwagi. W tym filmie cisza nie jest brakiem dźwięku. Cisza jest językiem.
Tadeusz Konwicki bardziej jest pisarzem niż reżyserem.
Współczesne kino często pokazuje emocje poprzez zewnętrzne przejawy.
Bohater krzyczy, płacze, reaguje gwałtownie, muzyka podpowiada widzowi, co
powinien czuć. Dawne kino częściej ufało odbiorcy. Pozwalało mu samemu wejść w
świat bohaterów i odczytać to, co ukryte między słowami. Wraz z bohaterami
podążam po suchym pisaku po plaży.
Nie oznacza to, że współczesna technika filmowa jest czymś złym. Przeciwnie —
daje ogromne możliwości. Dzisiejsi operatorzy potrafią tworzyć obrazy
zachwycające pięknem i precyzją. Problem pojawia się wtedy, gdy forma zaczyna
zastępować treść, a efektowność wypiera refleksję.
Wielkość „Ostatniego dnia lata” polega na tym, że film nie kończy się wraz z
napisami. On zostaje w głowie widza. Wraca po godzinach, dniach, czasem latach.
Człowiek zaczyna myśleć o własnej samotności, o niewykorzystanych szansach, o
chwilach, kiedy można było powiedzieć coś ważnego, ale zabrakło słów.
Dzisiaj powstaje wiele znakomitych filmów, ale coraz trudniej znaleźć takie,
które mają w sobie tę niezwykłą siłę pozostawania z widzem. W świecie nadmiaru
obrazów paradoksalnie coraz bardziej cenna staje się prostota. Czasem jeden
człowiek stojący na pustej plaży mówi więcej niż najbardziej kosztowna
produkcja pełna efektów.
Trzeba podziwiać odwagę Tadeusza Konwickiego, aktorów Ireny Laskowskiej i Jana
Machulskiego oraz operatora Jana Laskowskiego. Stworzyli dzieło, które nie
potrzebowało wielkich środków, aby mówić o wielkich sprawach. Pokazali, że kino
nie rodzi się przede wszystkim z technologii. Kino rodzi się ze spojrzenia na
człowieka.
I może właśnie dlatego „Ostatni dzień lata” po tylu latach nadal działa. Bo pod
warstwą piasku, morza i ciszy opowiada o czymś, co nie zmienia się nigdy — o
ludzkiej potrzebie bycia zauważonym i pokochanym.

Jak wiele innych spraw, kino i wszystkie jego aspekty uległy komodyfikacji. Techniki cyfrowe szczęśliwie bardzo zdemokratyzowały medium i szybki rzut oka na jakikolwiek festiwal filmowy (np. Nowe Horyzonty) powinien upewnić Pana, że film ma się bardzo dobrze, są w nim różne głosy.
OdpowiedzUsuńŻeby daleko nie szukać i nie być gołosłownym, polecam bardzo popularny Perfect Days reżyserii Wima Wendersa, którego tematem jest m.in. prostota. Cudownie refleksyjne są komedie Akiego Kaurismakiego, bardzo znanego fińskiego reżysera.